poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rozdział 9

Ashton

Otworzyłem oczy. Ujrzałem Rosie leżącą na moim torsie. Uśmiechnąłem się do siebie, gdyż to był najsłodszy widok jaki kiedykolwiek widziałem. Pogłaskałem delikatnie jej włosy i zdjąłem kilka kosmyków z jej twarzy. Przypomniałem sobie wczorajszą noc. Ten skurwysyn przeze mnie chciał jej coś zrobić. Chociaż to też trochę jej wina, bo otworzyła drzwi. Tak czy tak nadal ja jestem temu najbardziej winny. Po tym wszystkim Rosie nie mogła usnąć, bała się. Położyłem się obok niej aby czuła się bezpieczniejsza i wtedy chyba usnęliśmy. To miłe, że czuje się przy mnie bezpiecznie. Jednak gdyby znała mnie lepiej nie było by tak. Nagle moją uwagę zwrócił wibrujący telefon Ros. Wziąłem go do ręki i odblokowałem. Nie wiem czemu ta dziewczyna nie ma założonego hasła. Ale nie ważne… Dostała smsa od jakiegoś Louis’ego. Nie znam żadnego o tym imieniu, a w szkole jest tylko Lewis. Otworzyłem go.

„ Miłego dnia kochanie. Myśl tam czasem o mnie :)”

Co? Jakie kochanie? Jaki Louis? Rosie ma chłopaka?! Czemu nic mi nie powiedziała? Czemu nie powiedziała tego Luke’owi? Komukolwiek… Nie żeby coś. Wcale nie jestem w niej zakochany, czy jakoś tam, jak myśli Michael. To jest moja siostra. Cholera, nie oszukujmy się Irwin. Podoba ci się, tylko jesteś takim idiotą, że zamiast to zachować dla siebie, naskakujesz na nią i robisz jej mętlik w głowie.
- Co robisz z moim telefonem? – usłyszałem głos Rosie. Ojć, to masz problem Irwin.
- Yyy, ja tylko – zacząłem, ale ona wyrwała mi telefon i wstała.
- Czemu odczytujesz moje smsy? – zapytała zła. Czy ona musi się tak seksownie wściekać?
- Brzęczało więc chciałem zobaczyć o co chodzi. Nie chciałem odczytywać – skłamałem i również podniosłem się z łóżka.
- Z rana nie umiesz kłamać Ashton.
- A ty jesteś w tym dobra zawsze – odparłem lekko zirytowany – Nigdy nie wspominałaś o tym, że masz chłopaka.
- Bo go nie mam? – odpowiedziała serio wkurzona.
- A ten cały Louis? – zapytałem wywracając oczami.
- To mój przyjaciel, znamy się od dziecka. Przestań robić z siebie ofiarę, bo prawda jest taka, że nigdy nie spytałeś się mnie o moje życie przed trafieniem tutaj! Po za tym, ty też mi nic o sobie nie mówisz więc ogarnij się Ashton! – krzyknęła i wyszła szybkim krokiem do łazienki. Cholera, spieprzyłem to po całości. Zawiodłem jej zaufanie i do tego wszystkiego miała rację.
- Przepraszam – krzyknąłem, ale w odpowiedzi usłyszałem tylko „spadaj”. Widocznie naprawdę się wkurzyła. Zszedłem na dół do kuchni zrobić sobie śniadanie. Wyjąłem z szafki płatki i z lodówki mleko. Naszykowałem sobie jedzenie i usiadłem przy stole. Nie mogłem jeść. Byłem wkurzony. I na Rosie, i na siebie. Jestem idiotą. Pierwsza dziewczyna do której naprawdę coś czujesz, a ty to pieprzysz. Zdolna bestia z ciebie Irwin. Pomińmy to, że bujam się w swojej siostrze. Coraz bardziej mi się wydaje, że powinien mi ktoś przywalić w twarz. Nagle usłyszałem otwieranie się drzwi. Wrócili rodzice. Chwilę potem Rosie zbiegła po schodach, krótko pożegnała się z rodzicami i wyszła z domu.
- Dzień dobry Ashton. Coś się stało Rosie? – zapytała mama wchodząc do kuchni.
- Nie wiem – skłamałem i odłożyłem miskę do zmywarki. Widząc która godzina, szybko się ogarnąłem. Wychodząc z domu tata przypomniał mi o dzisiejszej kolacji. Zapowiada się naprawdę ciekawy dzień.

Rosie

- Co on sobie myśli? No cholera jasna! Najpierw ma gdzieś mnie i moje życie, a teraz nagle odczytuje moje smsy i wypytuje o wszystko. No jak? Myślał, że jak poczyta moje wiadomości to się czegoś o mnie dowie?
- Nie wiem Rosie. Może jest po prostu zazdrosny – odparła Lucy za co prawie ją zabiłam – No ale ostatnio mi powiedziałaś, że robi rzeczy, których nie powinien. Może on coś do ciebie i ten tego no…
- Brałaś coś? – zapytałam, gdyż nie wierzyłam w to co powiedziała przed chwilą. Dziewczyna spiorunowała mnie wzrokiem.
- Nie, nic nie brałam. Po prostu Ashton jest dziwny i dopóki nie wiem co się konkretnie między wami wydarzyło nie mogę postawić jednoznacznej diagnozy. Doktor Stevens nie jest przecież medium – zaśmiała się i trochę poprawił mi się humor. Nie chcę jej o tym wszystkim mówić, ale to jest jedyna osoba, z którą mogę na takie sprawy pogadać. Irwin robi mi większy bałagan w głowie niż pani od chemii.
Weszłyśmy do klasy i zajęłyśmy swoje miejsca. Kiedy wypakowywałam książki ktoś podszedł do mnie.
- Jak się czujesz Rosie? Nic ci nie jest? Słyszałem o wczorajszym wypadku – usłyszałam głos znajomego mi blondyna. Podniosłam głowę i ujrzałam zmartwioną twarz chłopaka.
- Nie, wszystko w porządku – odpowiedziałam i lekko się uśmiechnęłam aby Luke przestał się martwić. Był inny niż pozostała trójka. Miły, pogodny, uśmiechnięty, opiekuńczy. Totalne przeciwieństwo Calum’a. Chociaż dla większości był niekoniecznie przyjazny. Jego reputacja mu na to nie pozwala? Nie wiem. Cała czwórka jest dla mnie zagadką.

***

- To spotykamy się dzisiaj na tej całej kolacji, co nie? – zapytała Lucy wzdychając.
- Niestety. Nie wiem jak to przeżyję.
- Oj nie będzie może tak źle. Plus jest taki, że twoja mama świetnie gotuje oraz, że będę pierwszy raz u ciebie w domu. Pomińmy naszych rodziców i Ashton’a i będzie świetnie – odparła przyjaciółka, starając się poprawić mi humor.
- Przecież nasi rodzice znają się od dawna. Czemu nigdy u nich, nas, nie byłaś? – zapytałam zaciekawiona.
- Mama zawsze mówiła, że będzie mi się tam nudzić, a oni będą rozmawiać o sprawach dla dorosłych. A jak byłam mała i wiedziałam już, że mają syna, to mówiła, że go nie ma w domu lub jest chory. Tak jakby nie chciała abym tam przychodziła.
- Dziwne, no ale nie ważne. Ja muszę lecieć, bo pani mama pisała abym po lekcjach przyszła od razu trochę pomóc – odparłam – To do zobaczenia.
- Pa słońce – odpowiedziała Lucy przytulając mnie. Ruszyłyśmy w swoje strony. Postanowiłam zadzwonić do Lou. Nie wiem czemu jeszcze tak nie rozmawialiśmy. Wybrałam jego numer i po chwili go usłyszałam.
- Właśnie wybierałem twój numer piękna – zaśmiał się. Tak tęskniłam za tym głosem, śmiechem.
- No widzisz. Byłam pierwsza – odparłam . Oczywiście miałam banana na twarzy i każda widząca mnie osoba pewnie nawała mnie w myślach idiotką.
- Co tam u ciebie? – zapytał.
- Mamy dzisiaj kolację z rodzicami mojej koleżanki. To będzie straszne. W dodatku pokłóciłam się z moim bratem. Po prostu…
- Nie kończ – zaśmiał się – Współczuję, ale no wiesz. Gdybym ja tam był, ta kolacja byłaby jedną z najlepszych.
- Tęskniłam za tą twoją skromnością – odparłam śmiejąc się.
- Hah dzięki. A mówiłaś coś o tym bracie. Mam przyjechać i skopać mu tyłek? – zapytał znowu się śmiejąc. No tak, zapomniałam, że rozmowy z nim tak właśnie wyglądają.
- Przyjechać to byś mógł. Z bratem sobie może poradzę.
- Przyjadę, obiecuję. A gdyby brat fikał to masz mój numer – odpowiedział.
- To w takim razie nie mogę się doczekać – odparłam i zauważyłam, że jestem niedaleko domu. Serio, tak szybko doszłam? – Kończę bo jestem już na miejscu.
- Oh, to napiszę do ciebie potem – odpowiedział zawiedziony – To pa i powodzenia.
- Dzięki, pa.
Rozłączyłam się wchodząc do domu. Poczułam wspaniały zapach. Ruszyłam w stronę kuchni. Tam pani mama była w swoim żywiole. Widziałam indyka w piekarniku, jakąś zupę, a na blacie przygotowania do deseru. Gdy kobieta mnie zauważyła uśmiechnęła się i podeszła do mnie.
- Rosie! Dobrze, że jesteś. Nakryjesz stół - odparła i wskazała wyjęty obrus, serwetki i kilka innych rzeczy. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi i zabrałam do roboty. Całe szczęście moja mama zawsze mi wszystko tłumaczyła, jak, gdzie i co. Uwielbiała przygotowywać kolacje. Zazwyczaj były one z rodziną. Wyjątkiem byli rodzice Louis'ego. Bywali u nas nawet 3-5 razy w miesiącu na takich kolacjach.
Szybko uwinęłam się z tym i zaczęłam pomagać pani mamie w kuchni. Niedługo mi to zajęło, gdyż kazała mi iść się przebrać. Wyjęłam sukienkę i szpilki z szafy. Przygotowałam kosmetyki aby sie umalować. Kiedy zostało mi już tylko zrobić coś z włosami, do pokoju zapukała pani mama.
- Pięknie wyglądasz - powiedziała i podeszła do mnie.
- Dziękuję. Jeszcze muszę coś zrobić z włosami.
- Usiądź - odparła i wskazała krzesełko przed lustrem. Zrobiłam tak jak kazałam i kobieta zaczęła mnie czesać. Upięła moje włosy w lekkiego koka, zostawiając kosmyki po bokach.
- Nie zrobiłabym tego lepiej. Nie zrobiłabym nic pewnie z nimi - westchnęłam z uśmiechem - Dziękuję.
- Nie ma za co. Zejdźmy na dół - powiedziała i ruszyłyśmy w stronę drzwi. Uważałam na schodach, żeby nie zabić się przypadkiem w tych szpilkach. Na dole była już Lucy z jej rodzicami. Stali z panem tatą i Ashton'em. Kiedy usłyszeli stukanie butów spojrzeli w jednym momencie na nas. Lucy uśmiechnęła się szeroko, podeszła do mnie i przytuliła.
- Wyglądasz zajebiście - szepnęła mi do ucha, na co zaśmiałam się cicho. Zauważyłam jak Ashton lustruje mnie wzrokiem, więc wzięłam Lucy za rękę i zaczęłam ją oprowadzać. Chciałam uniknąć z nim jakiegokolwiek kontaktu dzisiaj. Moja rola przewodnika nie trwała długo gdyż pani mama zawołała nas do stołu. Zajęłyśmy miejsca obok siebie i nagle na przeciwko mnie usiadł Ashton. Świetnie. Po deserze, kiedy atmosfera rozluźniła się prawie całkowicie, siedziałyśmy z Lucy na kanapie. Gadałyśmy o pewnym typku, który do niej zarywa.
- Możemy pogadać? - usłyszałam. Odwróciłam się w stronę tej osoby.
- Nie - odpowiedziałam natychmiastowo i wróciłam do rozmowy z przyjaciółką. Stał obok mnie nadal i uparcie zapytał o to jeszcze raz. Znowu odpowiedziałam, że nie i starałam się go zignorować. Raczej nie stosuje zasady do trzech razy sztuka, gdyż wziął mnie za rękę i zaprowadził na korytarz.
- Czemu taka jesteś? Przecież przeprosiłem - odparł przybliżając się do mnie. Nasze twarze dzieliło niecałe 20 centymetrów.
- Po pierwsze, zawiodłeś moje zaufanie, więc zanim je odzyskasz to trochę czasu minie. Po drugie, dziwnie się zachowujesz w stosunku do mnie - odpowiedziała zdenerwowana.
- Co twoim zdaniem jest tym dziwnym zachowaniem? - zapytał z przebiegłym uśmiechem na twarzy. Kurwa, Irwin. Amnezje masz czy co? A co zrobiłeś przedwczoraj, kilka dni temu? Nic, to normalne zachowanie w stosunku do siostry.
- Mam pytanie. Gdybym była twoją biologiczną siostrą, też byś próbował mnie pocałować? Bo tego raczej nie robi brat siostrze.
- Nie próbowałem cię pocałować, ale jak chcesz to mogę - odparł z uśmiechem na twarzy. Momentalnie znalazłam się oparta o drzwi. Blondyn zbliżył się jeszcze bardziej do mnie, trzymając jedną rękę na mojej tali, a drugą na mojej twarzy. Patrzył mi prosto w oczy. Nie wiem czemu nic nie mogłam zrobić, byłam jak sparaliżowana. Miał piękne orzechowe oczy. Kiedy był już wystarczająco blisko, nasze usta dzieliły tylko milimetry, usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Momentalnie odsunął się ode mnie, więc korzystając z okazji szybko wróciłam do Lucy. Dziewczyna siedziała cały czas na kanapie.
- To było dziwne. Rosie, musisz mi wszystko opowiedzieć! Tak nie robi normalne rodzeństwo - odparła. Usiadłam obok niej i westchnęłam. Zaczęłam jej opowiadać wszystko. Mówiłam prawie szeptem, cały czas się rozglądając czy nikt nie słyszy. Dziewczyna siedziała z szeroko otwartymi oczami, a kiedy doszłam do momentu, który stał się przed chwilą, jej usta uformowały wielką literę O.
- Wow, to jest dziwne. To znaczy normalnie byłoby słodkie, ale to twój brat. Nie przypominasz lasek, z którymi on się umawiał, więc może on coś do ciebie serio czuję. A ty coś do niego, no ten...
- Pogięło cię?! - odpowiedziałam szybko, na co dziewczyna spojrzała się na mnie podejrzanym wzrokiem - Może coś tam, ale on jest moim bratem. Jakby to wyglądało? Po za tym on jest jedną wielką zagadką. Wiem, że ma złe strony i nie chcę ich poznawać.
- Może to być fajna przygoda - odparła z uśmiechem.
- Taak, od razu może wybiorę sobie trumnę - westchnęłam.

_______________________________________________________

Uważam, że rozdział jest średni. Mogłabym go napisać lepiej. Jednak mam promyczek nadziei, że wam się podoba ;)
Chciałabym wam polecić nowe ff o Luke'u. Dziewczyna dopiero zaczyna je pisać, ale zachęcam :)  http://www.wattpad.com/90191417-i-will-be-your-nightmare-l-h-prolog

Postanowiłam, że jeżeli chcecie to możecie pisać też swoje opinie, przemyślenia na temat tego ff na twitterze dodając hashtag #warningff

Życzę Wam, abyście miały świetnego Sylwestra (lepszego niż mój). Aby ten nowy rok był dla was o wiele lepszy, abyście spełniły chociaż jedno ze swoich marzeń. Zdrowia, szczęścia, wymarzonego chłopaka, miłości jak z ff :) 
Wasza kochana Angela <3

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział 8

Ashton

Siedziałem w garażu Michael’a i słuchałem jak chłopak prawi mi kazania.
- Czyś ty oszalał? Jak mogłeś w ogóle do tego dopuścić?! Stary, po pierwsze to twoja siostra, a nie jedna z tych lasek, które spotykamy na imprezach. Po drugie, jak mamy ją utrzymać w nieświadomości jak ty jej mówisz, że nie poznała jeszcze twoich złych stron. No kurwa, zachęcaj ją jeszcze bardziej! Po trzecie, jak Calum się o tym dowie to cię zabije, a potem ją. Stary, Rosie to naprawdę fajna dziewczyna. Polubiłem ją. Jednak nie możesz się w niej zadłużyć. To twoja siostra. Może nie jest to kazirodztwo, ale zgodne z prawem też nie.
- Wiem, staram się. Chcę być dobrym bratem, ale ona mi tego nie ułatwia – odparłem.
- Bo ci się podoba? – zapytał zielonowłosy z wielkim bananem na ryju, na co przewróciłem oczami – Aww to słodkie, że w końcu się zakochałeś, ale szkoda, że w nieodpowiedniej dziewczynie.
- Nie zakochałem się! – krzyknąłem oburzony – Tylko mi się podoba.
- Od kiedy takie ci się podobają? Mam ci przypomnieć z jakimi laskami byłeś czy może coś ci świta?
- Cholera, pamiętam! Nie musisz mi o nich przypominać. Po prostu uważam, że muszę się ogarnąć. Przestać o niej myśleć. A przede wszystkim przestać zachowywać się jak niewyżyte zwierzę – powiedziałem zdenerwowany.
- Cóż, przynajmniej się przyznałeś z tym niewyżytym zwierzęciem – zaśmiał się Michael za co walnąłem go w ramie – No dobrze, nie obrażaj się. Po prostu musisz się hamować. Chociaż już pewnie tak namąciłeś Rosie w głowie, że dziewczyna spać nie może.
- Będę musiał codziennie rano walnąć coś mocniejszego na uspokojenie.
- Meliskę z dwóch torebek? – zaśmiał się przyjaciel. Przez chwilę próbowałem go zamordować wzrokiem, ale skończyło się moim wielkim, niepohamowanym wybuchem śmiechu.
- Spadaj debilu – odparłem śmiejąc się.
- Ej, mam pomysł. Namówmy Luke’a aby pogadał z Rosie. Podobno dogaduje się z nią i może coś wyciągnie.
- Uważasz, że się mu zwierzy? – zapytałem – Ona jest dosyć nieśmiała. Jedyna osoba, której najprędzej takie rzeczy by powiedziała jest Lucy. Ale jak chcesz. Możemy spróbować.
- Zobaczysz, uda mu się. Tylko trzeba dać mu szansę się wykazać.

Rosie

Siedziałam na łóżku wpatrzona w telefon. Nie mogłam uwierzyć. Znalazł mnie. W końcu mu się udało. Myślałam, że zapomniał lub poddał się, a on cały czas się starał. Ten debil o mnie jednak nie zapomniał. Kliknęłam w „odpisz” i zaczęłam pisać. 




Dopiero gdy wysłałam wiadomość zdałam sobie sprawę, że uśmiechałam się cały czas do telefonu. Pewnie wyglądałam jak idiotka. Mój najlepszy przyjaciel, nazywany przez naszych rodziców moim narzeczonym, napisał do mnie. Ostatni raz widziałam go kiedy zabierali mnie do domu dziecka. Wtedy pierwszy raz widziałam jak płacze. Pamiętam jak staliśmy przytuleni, jak na niego krzyczeli kiedy nie chciał mnie puścić. Podobno próbował się jakoś ze mną skontaktować ale nie pozwalali nam się spotykać. Wiedzieli jaki on jest. Nie jest grzecznym, ułożonym chłopcem. To raczej typ niezależnego faceta, który dla przyjaciół i rodziny jest tylko miły. Nie raz był odbierany z komisariatu, jednak nigdy nie było to nic poważnego. Ludzie zawsze dostrzegali w nim tylko złe strony, bo nigdy go nie poznali. Nikt nie zna go tak dobrze jak ja. Spotkaliśmy się pierwszy raz pewnego lata, kiedy jego ojciec został partnerem biznesowym mojego. Zaprosili nas na kolacje. Ja miałam wtedy 5 lat, a on 7. Pamiętam jak miałam problem ze zrozumieniem go. Mieszkał od urodzenia w Wielkiej Brytanii, a w Australii dopiero od tygodnia. Pamiętam jak wkurzałam się na jego akcent, jednak w końcu jakoś się dogadaliśmy. Od tamtej pory jesteśmy nierozłączni. A czemu narzeczona? Wszędzie mnie ze sobą zabierał, opiekował się mną. Często przynosił mi kwiatki, nawet takie zerwane po drodze, bo wiedział, że się uśmiechnę. Był moim aniołem, nadal nim jest. Chciałabym się z nim zobaczyć, przytulić go, usłyszeć jego śmiech, głos.

***

Obudził mnie dźwięk smsa. Kto normalny pisze o tej godzinie? Kto normalny wtedy nie śpi? Zaczęłam szukać ręką telefonu. Kiedy go znalazłam, odczytałam wiadomość od nieznanego numeru.

„Miłego dnia mała :)
                         Louis x”

Od razu na mojej twarzy pojawił się wielki uśmiech. Ten dzień nie mógł zacząć się lepiej. Przypomniało mi się jak zawsze budził mnie rano takimi smsami. Codziennie miał o 6 treningi piłki nożnej. Widać cały czas jest w klubie. Odpisałam mu i postanowiłam pójść się ogarnąć do łazienki. Na dole było kogoś słychać, więc nie byłam sama nieśpiąca. Wzięłam szybki prysznic, zrobiłam lekki makijaż i związałam włosy w kucyk, zostawiając trochę krótszych włosów aby zasłoniły resztki mojego siniaka. Ubrałam krótkie spodenki i jasnoróżowy sweterek. Tak jak obiecałam wczoraj pani mamie, założyłam jedne z moich nowych kolczyków. Gotowa zeszłam na dół na śniadanie. To kogo tam zobaczyłam trochę mnie zdziwiło. O blat opierał się kolega mojego brata – Calum. Co on do cholery robi tutaj i to jeszcze o tej godzinie? Nie tylko ja byłam zaskoczona ale i on zdziwił się, gdy mnie zobaczył. Po naszym ostatnim spotkaniu, nie wiedziałam czy mam się nie odzywać czy po prostu uciec. Wydukałam tylko „cześć” i skierowałam się do lodówki.
- Nie sądziłem, że cię spotkam. Ashton mówił, że wstajesz później – powiedział chłopak. Szczerze, to miałam nadzieję, że unikniemy rozmowy, ale cóż…
- Po prostu obudziłam się wcześniej – odparłam nalewając mleko do miski z płatkami – Po za tym, też nie sądziłam, że cię spotkam tutaj o tej godzinie.
- Wpadłem po Ashton’a. Mamy coś do załatwienia.
- Okey – odpowiedziałam siadając przy stole. Kiedy zaczęłam jeść, usłyszałam jak ktoś schodzi po schodach.
- Cześć stary – usłyszałam głos Ash’a – Rosie? Co ty tutaj robisz?
- Mieszkam? – odparłam unosząc wzrok na niego. Widać było, że jest zdziwiony moją obecnością, ale to chyba tak dzisiaj każdy. Wymienili z Calumem kilka zdań po cichu i ruszyli w stronę wyjścia. Może tak chociażby jakieś „pa” czy cokolwiek? Usłyszałam tylko zamykające się drzwi. Niedługo potem przyszła pani mama. Zamieniłyśmy kilka zdań i postanowiłam ruszyć do szkoły. Przed budynkiem nie czekałam długo na moją koleżankę. Przywitała mnie jak zwykle pełna pozytywnej energii. Opowiedziałam jej o zakupach z mamą i o Louis’m. Była nim zachwycona.
- Jejku zazdroszczę ci takiego przyjaciela – mówiła – Powiedz mi, gdzie można takiego znaleźć?
- Haha nie wiem. Sam cię kiedyś może taki znajdzie – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do brunetki. Odprowadziła mnie do klasy chemicznej, a sama udała się do klasy obok. Chciałabym mieć z nią wszystkie lekcje. Chociaż i tak jest dobrze, gdyż mamy 6 wspólnych zajęć. Na chemii nie znałam nikogo. Może dlatego, że trafiłam do grupy z wrednymi sukami… Żeby jeszcze mnie dobić z jedną musiałam być zawsze w grupie.

***

Siedziałyśmy z Lucy na murku jedząc pokrojoną marchewkę. Mama mojej przyjaciółki często szykowała jej ich cały pojemniczek. Jak zwykle śmiałyśmy się i obgadywałyśmy innych. To znaczy ona obgadywała, a ja słuchałam. W pewnym momencie zauważyłam Luke’a siedzącego samotnie niedaleko nas. Pewnie nie zabrali go ze sobą załatwiać tę ważną sprawę. Zrobiło mi się go szkoda i postanowiłam do niego podejść. Lucy postanowiła pooglądać nas z daleka. Raczej chyba za nim nie przepada. Kiedy byłam już blisko, chłopak zwrócił na mnie uwagę.
- Rosie! Co cię do mnie sprowadza? – zapytał z uśmiechem.
- Cóż, siedzisz tak tu sam, więc chcę dotrzymać ci przez chwilę towarzystwa.
- To miłe z twojej strony – odparł – Moi przyjaciele uważają, że o niektórych sprawach powinienem nie wiedzieć. Także, dzisiaj jest jeden z tych dni kiedy mam się nie mieszać.
- Fajni kumple – powiedziałam pod nosem, jednak Luke to usłyszał i zaśmiał się.
- A jak ci się układają relacje z Ashton’em? – zapytał blondyn. Ta, no wiesz… Wcale nie zbliża się za blisko, wcale nie przypiera mnie do auta i mówi rzeczy, których brat nie powinien mówić siostrze, wcale nie lustruje jej wzrokiem w seksownej sukience. Niee…
- No wiesz… Niby jest spoko ale.. – zaczęłam szukając odpowiednich słów jak to wszystko ująć.
- Ale?
- Po prostu Ashton jest dla mnie pewną zagadką. Jego zachowanie czasami mnie dziwi. Dobra, nie ważne. Zmieńmy temat – odparłam.
Nagle zadzwonił dzwonek. Trochę się spóźniłeś. Nie mogłeś zadzwonić minutę wcześniej? Pożegnałam się z Luke’iem i ruszyłam w stronę budynku.

***

„ Musieliśmy pilnie pojechać do Sydney. Wrócimy jutro rano. Obiad jest naszykowany.

                                                   Rodzice”

Ej, nie no świetnie! Pojechali do Sydney beze mnie. W dodatku wrócą rano. Czyli prawdopodobnie będę sama w nocy, gdyż po Ashton’ie można się wszystkiego spodziewać. Zjadłam obiad i pouczyłam się. Postanowiłam pooglądać telewizję, ale jak na złość niczego nie było. Zostawiłam na jakiejś komedii i położyłam się na kanapie. Nie zauważyłam kiedy usnęłam.

Usłyszałam walenie do drzwi, bo pukaniem tego nazwać nie można było. Spojrzałam na zegarek, było po 22. Spałam aż tyle? Lekko zdenerwowana hałasem w końcu wstałam i podeszłam do drzwi. Stał tam wysoki facet ubrany na czarno. Nie wiedziałam czy mam otwierać czy siedzieć cicho. Po chwili usłyszałam jak krzyczy „ Wiem, że ktoś tam jest! Otwierać bo wyważę te drzwi!”. Zaczęłam się bać. Zrobiłam najgłupszą rzecz, otworzyłam drzwi. Do domu wszedł szybkim krokiem ciemnoskóry mężczyzna. Odsunął mnie na bok i zaczął rozglądać się po mieszkaniu.
- Gdzie jest ten cały Ashton! – krzyczał.
- N-n-nie w-w-wiem – odpowiedziałam przestraszona. Rosie, oficjalnie jesteś największą idiotką świata. Jak mogłaś otworzyć te drzwi?
- Kurwa! Gdzie on jest?! – krzyknął i popchnął mnie na ścianę. Zbliżył się do mnie i uniósł moją głowę tak abym mogła na niego patrzeć.
- Powtórzę jeszcze raz, gdzie on jest!
- Naprawdę nie wiem – odparłam. Czułam jak łzy napływają mi do oczu. Obawiałam się najgorszego. Mężczyzna wkurzył się jeszcze bardziej i uderzył mnie dłonią w twarz. Upadłam na ziemie. Czułam się jak kilka dni temu tylko, że teraz serio może mi się coś stać.
- Gadaj w tej chwili! Wiem, że wiesz gdzie jest ten skurwysyn.
Nagle usłyszałam strzał. Facet leżał na ziemi.
- Nic ci nie jest? – usłyszałam głos Ashton’a. Spojrzałam w górę i to był naprawdę on. Głaskał moje włosy i ocierał łzy z moich policzków.
- Nie, chyba... Tak się bałam. On.. – zaczęłam, ale blondyn przysunął mnie do siebie i mocno przytulił. Próbował mnie uspokoić.
- To ja go zabiorę z tej podłogi – usłyszałam głos Caluma – A wy posprzątajcie tę krew.
- Mogliśmy to załatwić w normalny sposób, bez takiej kałuży krwi – odparł Ash.
- Zastrzelenie jest normalnym sposobem – odpowiedział chłopak zamykając za sobą drzwi. Zostałam tylko ja i Ashton.
- Dziękuję – wyszeptałam powoli odsuwając się od chłopaka.
- Nie ma za co. To stało się przeze mnie. Przepraszam cię, że znowu musiałaś przez takie coś przechodzić – odparł pomagając mi wstać. W odpowiedzi tylko lekko się uśmiechnęłam. Postanowiłam przyłożyć lód do mojego policzka. Ruszyłam do kuchni, a Ashton zajął się kałużą krwi. Usiadłam na kanapie i zaczęłam przykładać woreczek z lodem. Nie mogłam uwierzyć w to co się wydarzyło. Nic nie rozumiałam. Czemu szukał Ashton’a? Co on mu zrobił? Skąd oni mają broń? Widocznie, Ash miał rację. Jeszcze nie poznałam wszystkich jego stron i chyba boję się je poznawać.

____________________________________________________  

Moim zdaniem średni rozdział. Mam nadzieję, że chociaż trochę wam się podoba :) A i polecam wejść w zakładkę "Bohaterowie" bo tam jest tajemniczy narzeczony ;D
Jak widać, mamy nowy wygląd bloga! Strasznie mi się on podoba i bardzo chcę podziękować @cliffordeffect za wykonanie go. 
Staram się zbierać nowych czytelników jednak nie jest to łatwe, tym bardziej jak spamuję i nic. Także będę wdzięczna za każdą pomoc w promowaniu tego ff <3

Chciałabym wam życzyć wesołych, szczęśliwych świąt. Abyście spędziły ten czas z rodziną, dostały wspaniałe prezenty

Czytasz = Komentujesz

wtorek, 16 grudnia 2014

Rozdział 7

Szłam, wsłuchując się w piosenkę, w każde jej słowo, każdy dźwięk. Próbowałam się zrelaksować, oczyścić umysł z niepotrzebnych rzeczy. Chciałam chociaż na chwilę przestać myśleć o pewnych sprawach. Na próżno. Nie ważne co bym robiła i tak nie zapomnę tego co się stało, tego co usłyszałam. Ta niewiedza doprowadzała mnie do szału, jednak bałam się tej tajemnicy. To wszystko wyczerpywało mnie psychicznie.
Z zamyślenia wyrwała mnie moja koleżanka, która skoczyła na mnie od tyłu. Oczywiście, jak to ja, krzyknęłam ze strachu tak, że pewnie usłyszeli mnie w Tokio. Przydałby mi się szósty zmysł. Może wtedy nie robiłabym z siebie idiotki i gardło by mnie tak nie bolało.
- Nie bój się. To tylko ja – odparła przez śmiech Lucy. Spojrzałam na nią morderczym wzrokiem. Dziewczyna wyszczerzyła się co oczywiście poskutkowało tym, że i ja się uśmiechnęłam.
- Nie rób mi tego więcej- poprosiłam – Masz mój telefon?
- Ohh tak! Proszę- odpowiedziała podając mi moją komórkę. Wzięłam ją i odblokowałam. Sprawdziłam czy wszystko jest tak jak było. Całe szczęście nic się nie zmieniło. Może tylko liczba nieodebranych połączeń z zera dobiła do 73. Świetnie… 31 od Lucy, 16 od pani mamy, 9 od pana taty, 12 od Ashton’a i ku mojemu zdziwieniu 5 od Luke’a. Okeey, rozumiem Lucy, rodziców i Ash’a, ale Luke? Skąd on ma w ogóle mój numer?
- Ej Rosie, chodź bo się spóźnimy – powiedziała koleżanka i ruszyłyśmy do Sali. Tam było już większość klasy. Podeszłam do swojej ławki i wypakowałam książki.
- Rosie! – usłyszałam znajomy mi głos. Po chwili byłam już ściskana przez wysokiego blondyna. Byłam zdziwiona, ale odwzajemniłam uścisk.
- Hej Luke – odparłam i lekko odsunęłam się od niego, czując wzrok reszty klasy. Chłopak też to zauważył.
- Na co się do cholery gapicie?! – krzyknął i nagle wszyscy zajęli się sobą – Jak się czujesz Rosie?
- Już lepiej, dzięki – odpowiedziałam siadając w ławce. Po chwili zadzwonił dzwonek. Zaczęło się 45 minut męczarni.

***

- Podsłuchałam wczoraj mamę, jak gadała z moim tatą, że rozmawiała z twoją nową mamą, że nasze mamy chcą urządzić wspólną kolację. Nie rozumiem, po chuj im to? My we dwie się przecież znamy, ty poznałaś moją mamę, a ojca nie musisz, bo to za wiele w twoim życiu nie zmieni. Ja osobiście nienawidzę takich spotkań, bo nie potrafię usiedzieć cicho i słuchać jak nudno mija życie innym. Jak sądzę, ty też nie przepadasz za takimi wieczorami, a już na pewno nie w gronie osób które ledwo znasz. A Ashton? On pewnie też prędzej by sobie w łeb strzelił. To jest beznadziejne…
Siedziałam z Lucy na murku i nie mogłam uwierzyć, że jeszcze nie zaczęła rozmyślać nad karierą raperki i duetem z Eminemem. Na moje nieszczęście zrozumiałam co do mnie powiedziała. Nie byłam zbyt szczęśliwa pomysłem pani mamy. Cytując moją koleżankę - po chuj im to?
- I co o tym myślisz? Bo ja uważam, że powinnyśmy pożyczyć młot od Thora i przypieprzyć naszym ukochanym rodzicom w głowy – powiedziała brunetka. Miała stuprocentową racje.
- Nie wiem co mam myśleć. Jestem tu dopiero od ponad tygodnia i stres zżera mnie wszędzie. Nie pomogą mi tą głupią kolacją. Ehh… może zaczekajmy aż oni sami to potwierdzą, zamiast teraz robić niepotrzebnie burze. Co ty na to?
- Masz racje. Ale to nie znaczy, że przestanę podsłuchiwać matkę – odparła Lucy. Zaśmiałam się pod nosem i usłyszałam dźwięk smsa, dobiegający z mojej kieszeni. Wyjęłam komórkę i odczytałam wiadomość.

„Co robisz po lekcjach? Chciałabym cię zabrać na zakupy, w środę przychodzą do nas goście”

- Lucy, możemy robić burzę – westchnęłam załamana.
- Co? Jednak jest ta kolacja? – zapytała brunetka - O cholera. Kiedy?
- W środę. Mama chce mnie zabrać dziś na zakupy. Poproszę białe róże na trumnę…
- Weź nie przesadzaj, zakupy z mamą to nie jest jeszcze koniec świata! Ale czekaj… Skoro twoja mama idzie z tobą na zakupy to… Oj kochana, miło było cię poznać. Powodzenia w przymierzaniu tych wszystkich sukienek – odparła przytulając mnie. Uśmiechnęłam się lekko i usłyszałyśmy dzwonek. Ostatnia lekcja. Wstałyśmy i ruszyłyśmy w kierunku wejścia. Każdy się przepychał, wyzywał drugiego. Czemu cała szkoła musi spędzać długą przerwę na boisku? Jak zwykle zgubiłam Lucy w tłumie, więc szłam po prostu przed siebie, byleby wyjść z tego tabunu. Nagle ktoś złapał mnie za rękę i pociągnął z całej siły na bok. Nie mogąc utrzymać równowagi wpadłam na tę osobę. Poczułam czyjeś dłonie na biodrach, próbujące mnie podtrzymać. Przylegałam ciałem do czyjegoś torsu. Spojrzałam w górę i zobaczyłam uśmiechniętego Ashton’a. Szybko odsunęłam się i próbowałam przywrócić do normalnego stanu, przynajmniej na zewnątrz. Wewnątrz nie wiedziałam co się dzieje. Podobało mi się to co zrobił, ale to przecież mój brat. Tak nie powinno być. Widziałam, że śmieje się pod nosem. Wkurzyło mnie to trochę.
- Czego chcesz? – zapytałam.
- Ej, nie denerwuj się. Chciałem zapytać czy wiesz coś o jakiejś kolacji – odparł przeczesując włosy.
- Podobno ma być w środę z rodzicami Lucy – odpowiedziałam i spojrzałam na koleżankę przyglądającą się nam przy schodach – Muszę już iść.
- Okey, dzięki – westchnął blondyn – To do zobaczenia w sklepie
Ruszyłam w stronę dziewczyny, kiedy uświadomiłam sobie co Ashton powiedział.
- Co? – krzyknęłam odwracając się w jego kierunku. Idący w stronę wyjścia chłopak odwrócił się, uśmiechnął i ruszył dalej.
- Chodź już Rosie – westchnęła Lucy ciągnąc mnie w stronę Sali. 

***

Przed klasą czekał na mnie nie kto inny jak mój ukochany brat. Świetnie.
- Gotowa na kilka godzin męczarni? – zapytał z uśmiechem. Stary, my zaraz jedziemy po zgubę, a ty suszysz ząbki?
- A ty gotowy chodzić z dwoma kobietami po sklepach? – odparłam. Widziałam jak jego mina nagle zbledła, co natychmiastowo sprawiło uśmiech na mojej twarzy. Po chwili poprawił włosy i wziął mnie za rękę. Szybkim krokiem zaczął prowadzić mnie na parking. Nie wiedziałam o co mu chodzi. Kiedy doszliśmy do auta, przyparł mnie do tylnych drzwi. Mój oddech momentalnie stał się szybszy. Przybliżył swoją twarz do mojego ucha.
- Jestem gotowy na to aby oglądać cię w pięknych, seksownych sukienkach przez dobre 2 godziny – wyszeptał, a przez ciało przeszły mi ciarki Nagle jak gdyby coś mu przywaliło w twarz, odsunął się szybko i otworzył drzwi pasażera. Zdezorientowana wsiadłam do środka. Po chwili i on wsiadł na swoje miejsce i odjechaliśmy z piskiem opon. Wyglądał na wkurzonego. Nie wiedziałam czy mam coś powiedzieć, czy może powinnam wysiąść i iść na piechotę. Nie wiedziałam jak mam odebrać to co stało się przed chwilą. Normalnie poczułabym się jak w jakiejś tandetnej książce dla napalonych nastolatek, ale przecież zrobił to mój brat. Czemu to musiał być on? Nie mogę myśleć o nim jako obiekcie pożądania. Cholera. Irwin czemu musisz być taki przystojny? Czemu musisz się tak seksownie uśmiechać? Czemu musisz być moim głupim bratem w świetle tego popierdolonego prawa?! Zgiń zmoro nieczysta!!

W samochodzie panowała absolutna cisza, pomijając dźwięk silnika. Był cały czas wkurzony, co skutkowało tym, że jechał jakby się ścigał. Gwałtowne zakręty, duchota, nerwy. Zaczęło kręcić mi się w głowie. Uchyliłam lekko okno. Ashton spojrzał się na mnie i jego rysy twarzy złagodniały.
- Źle się czujesz? Jesteś strasznie blada – odparł zerkając co chwilę na mnie i na drogę – Jesteśmy prawie na miejscu.
Kiedy tylko zaparkował auto, szybko wysiadłam i oparłam się o drzwi. Dzięki Bogu stanęliśmy w cieniu i było w miarę chłodno. Oddychałam głęboko, próbując sprawić aby ból głowy odszedł. Po chwili podszedł do mnie Ashton.
- Już ci lepiej? Mama czeka na nas w środku. Chodź – powiedział, po czym złapał mnie jedną ręką w talii i zaczął prowadzić w stronę wejścia. Ciarki przeszły mi po plecach. Kiedy wchodziliśmy po schodach w szklanych drzwiach odbiły się nasze sylwetki. Obydwoje patrzyliśmy się prosto w nie, jednak po chwili Ash spuścił głowę. Tak jakby nie chciał na to patrzeć, jakby to było złe. I miał racje, myślenie o nas w inny sposób niż rodzeństwo było złe. Weszliśmy do środka i skręciliśmy do jednego ze sklepów. Jak Ashton mówił, czekała na nas tam już pani mama.
- Już jesteście! – powiedziała, podchodząc do nas – Rosie, wybrałam dla ciebie kilka sukienek. Chodź zobacz.
No i zaczyna się. Spojrzałam na Ash’a. Ten tylko uśmiechał się pod nosem. Świetnie… Zero wsparcia od tego debila. Podeszłam do pani mamy i obejrzałam sukienki. Były naprawdę ładne. Gdybym mogła wzięłabym je wszystkie. Po chwili przemyśleń wskazałam czarnoróżową.
- Wiedziałam, że ci się ta spodoba! To była moja faworytka – odparła pani mama z uśmiechem – Weźmy ją i te czarne szpilki i chodźmy do przymierzalni.
Spojrzałam na buty stojące obok sukienki. Co? One mają z 15 centymetrów. Przecież ja sobie nogi w tym połamie. Wymusiłam uśmiech i ruszyłam z kobietą do oddzielnego pomieszczenia. Chcąc mieć to już za sobą szybko się przebrałam i wyszłam pokazać pani mamie.
- Rosie, słoneczko! Wyglądasz cudownie – zachwycała się kobieta – Ashton chodź zobacz!
Co? Nie!! On nie może!! Nie po tym co zrobił! Cholera! Po chwili zza ściany wyszedł blondyn. Oparł się o nią i spojrzał na mnie. Widziałam jak jego brwi uniosły się do góry i mierzył mnie wzrokiem. Spuściłam głowę na dół udając, że chcę poprawić sukienkę.
- Wyglądasz sek yy pięknie – odparł poprawiając swoje włosy – Na prawdę.
- Dzięki – odpowiedziałam cicho. Widziałam, że nie spuszczał ze mnie wzroku. Dziewczyny w sukience nie widział czy co?
- Bierzemy tę, czy chcesz przymierzyć inne? – zapytała panie mama.
- Nie, wydaje mi się, że ta jest idealna – odparłam z lekkim uśmiechem przeglądając się w lustrze naprzeciwko.
- Jesteś pewna? – zapytał Ashton.
- Tak – odpowiedziałam. Wiedziałam, że nie jest mu to na rękę. Po tym co usłyszałam na parkingu, chyba liczył na pokaz mody. Chłopak przewrócił oczami i wyszedł. Ja poszłam się przebrać. Gotowa podałam pani mamie sukienkę i buty i wyszłam ze sklepu. Przez szklane drzwi zauważyłam Ashton’a opierającego się o maskę samochodu. Rozmawiał przez telefon, a w dłoni trzymał papierosa. Nie wiedziałam, że pali. Ale czego ja mogłam się spodziewać po chłopaku, którego cała szkoła się boi. 
Wyszłam na zewnątrz. Kiedy mnie zauważył, zgasił papierosa i rozłączył się. 
- Nie musisz przede mną ukrywać, że palisz – odparłam i stanęłam niedaleko niego.
- Nie chcę abyś mnie poznawała od tych złych stron – odpowiedział przyglądając się mi.
- Widziałam gorsze strony ludzi.
- Jesteś tego pewna – powiedział i spojrzał za mnie. Odwróciłam się i zobaczyłam panią mamę wychodzącą ze sklepu.
- Rosie, pojedziesz ze mną. Chciałabym pojechać jeszcze z tobą do jubilera. Widziałam, że masz przekute uszy, a brak ci kolczyków – odparła kobieta podchodząc do mnie – To do zobaczenia w domu Ashton.
- Taa, do zobaczenia – odpowiedział i spojrzał na mnie – Pa Rosie.
- Cześć – powiedziałam cicho i poszłam z panią mamą do jej auta.

***

Opadłam zmęczona na łóżko. Nie wiedziałam, że te zakupy mogą być tak wyczerpujące. Kocham tę kobietę ale chodzenie po sklepach z nią to męczarnia. Pomimo iż wybór sukienki poszedł nam szybko, to u jubilera i w kilku innych sklepach już nie za bardzo. Zahaczyłyśmy w drodze powrotnej o top shop, tesco, h&m, inglot… Ta kobieta nie ma na co chyba kasy wydawać. 

Odblokowałam komórkę, po czym odpisałam na smsa od Lucy, weszłam na twitter’a i tumblr’a. Moja przyjaciółka miała mi przesłać notatki z lekcji kiedy jeszcze nie chodziłam do szkoły, więc zalogowałam się na maila. Zdziwiłam się kiedy zamiast email’a od niej dostałam wiadomość od kogoś innego. Weszłam w niego i trochę mnie zatkało.



Nie. To jest niemożliwe. Jak? Nie mogę uwierzyć, że w końcu się ze mną skontaktował. 


___________________________________________________

Hoł hoł... Mam nadzieje, że podoba wam się rozdział. Wiem, że są duże odstępy między nimi, ale teraz będzie dużo wolnego więc postaram się to zmienić :)

Jak już może zdążyliście się domyśleć, pojawi się nowa postać. I nie, Rosie nie jest z nikim zaręczona ;P 

Myślałam o założeniu konta o tym ff na tt, ale stwierdziłam, że dla 7 osób nie ma sensu... Więc może nie teraz :)

Czytasz = Komentujesz



niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 6

*następny dzień*

Nikogo nie było w domu. Państwo rodzice niestety, albo na szczęście, pracują w soboty. Ashton'a też nie było. Zostałam sama. Szczerzę, to bałam się. Może mi się zakręcić w głowie, słabo zrobić i fiknę na podłogę, a kolejnego uderzenia nie przeżyję. I tak jestem zaskoczona tym, że nie wylądowałam w szpitalu. Na miejscu chłopaków od razu bym zadzwoniła po pogotowie czy coś. Kto normalny nie reaguję tak w takich sytuacjach?

Było mi zimno w krótkich spodenkach więc założyłam za dużą bluzę mojego taty. To jedna z niewielu rzeczy które udało mi się zabrać z mieszkania przed dostaniem się do domu dziecka. Pamiętam jak tata zakładał ją gdy wieczorami chodziliśmy na spacery po plaży. Robiliśmy to odkąd byłam bardzo mała. Zawsze biegaliśmy, śmialiśmy się. Potem kładliśmy się na piasku i oglądaliśmy gwiazdy. Tata pokazywał mi różne układy i opowiadał o nich. Nie ważne, że słyszałam to po raz setny. To w jaki sposób to mówił, z jaką pasją sprawiało, że nawet na chwilę nie przestawałeś słuchać. Pamiętam wszystko co mówił. Kiedy o tym myślę zawsze słyszę jego głos. Wtedy moje serce łamie się na tysiące małych kawałeczków, a łzy spływają po moich policzkach. Teraz nie było inaczej. Przez zaszklone oczy próbowałam odszukać chusteczki. Otarłam łzy i poszłam do łazienki. Przemyłam twarz zimną wodą i spojrzałam w lustro. Nie wiem co było gorsze. Czy to, że wyglądałam jak córka Frankensteina, czy to, że miałam wielkiego siniaka na czole. Cholera! Wiedziałam, że to nie możliwe abym obeszła się bez szkody, pomijając strasznie bolącego guza z tyłu mojej głowy. Fioletowy, siniak o średnicy, na oko, 4-5 centymetrów znajdował się w rogu po lewej stronie czoła. Wkurzona starałam się go zamaskować trochę fluidem ale nie wiele to dało. Postanowiłam przełożyć trochę włosów na lewą stronę, aby zasłonić nowego współlokatora. Niestety moje blond włosy nie zasłoniły zbyt dobrze ciemnego koloru. W takich momentach żałuję, że nie odziedziczyłam koloru włosów po tacie. Postanowiłam zejść na dół. Wzięłam z półki paczkę chipsów i usiadłam na sofie. Włączyłam telewizor i skakałam po kanałach, aż nie znalazłam na jednym mojego ulubionego serialu. Uwielbiam kryminały, a przy Castle można się jeszcze do tego od czasu do czasu pośmiać. Wciągnięta w akcję, nie usłyszałam jak ktoś wchodzi do domu. Kiedy właśnie miałam się dowiedzieć kto jest mordercą, ktoś skoczył na kanapę. Momentalnie krzyknęłam odskakując na bok. Usłyszałam tylko głośny śmiech osoby, który dobrze pamiętam.
- Jesteś debilem Ashton! – krzyknęłam, rzucając w niego poduszką.
- Przepraszam, nie wiedziałem, że tak się wystraszysz – odpowiedział przez śmiech chłopak – Jeżeli chcesz uniknąć takich sytuacji w przyszłości, radziłbym nie oglądać takich seriali samej w domu. Tym bardziej jeżeli nie oznajmiłem czasu powrotu.
- Bardzo śmieszne – odburknęłam i poprawiłam włosy na lewą stronę.
- Zmieniasz fryzurę czy co, bo nie byłaś tak uczesana – zapytał blondyn.
- Nie tylko, ym, mam pamiątkę po wczorajszym incydencie. Po prostu chcę go ukryć.
-Oh, okey. Tak po za tym, to mam nadzieję, że się lepiej czujesz – odparł Ashton.
- Jest w miarę dobrze – odpowiedziałam – Mam pytanie.
- Tak?
- Czemu Calum tak na mnie reaguje? – zapytałam. Chłopak się trochę zmieszał, jakby szukał jakiejś sensownej odpowiedzi. Mogłam nie zadawać tego pytania. Ale do cholery, przecież nic Calumowi mu nie zrobiłam! Jeżeli on ma tak cały czas to współczuję Ash’owi kumpla.
- On yyy po prostu – zaczął, przeczesując dłonią włosy – Po prostu ma jakieś dziwne uprzedzenia do ciebie. Po za tym nie lubi Lucy, a ty się z nią kumplujesz. Nie przejmuj się nim. Okres mu się spóźnia.
- Oh, to polecam gorącą kąpiel. Może mu się w końcu puści – odparłam na co chłopak wybuchł śmiechem.
- Oczywiście, przekażę mu to – odpowiedział – Jak jesteśmy już w temacie Lucy, to zaczepiła mnie na mieście. Nie odbierasz jej telefonów.
O cholera! Mój telefon! Miałam go w torebce, a torebkę zostawiłam u Lucy w kuchni. Świetnie! Na pewno ktoś ją zwinął skoro ona jej nie znalazła.
- Komórkę musiałam zostawić u niej. Ale skoro nie znalazła, to pewnie nie mam już telefonu – westchnęłam.
- Nie miałaś jej w torebce?
- No właśnie miałam, ale torebkę zostawiłam w kuchni.
- Gratuluję. Masz mój telefon i zadzwoń do niej. Spytaj jej się o to – odparł i podał mi swojego iPhona. Uśmiechnęłam się do niego w ramach podziękowania i poszłam do ogrodu. Pamiętałam pierwsze 3 liczby, ale o dziwo Ashton miał Lucy zapisaną w kontaktach. Nie chciałam się zastanawiać nad tym skąd ma jej numer, bo Ash’a nie da się łatwo rozgryźć. Kliknęłam na zieloną słuchawkę i po kilku sygnałach dziewczyna odebrała.
- Halo?
- Hej Lucy, tu Rosie – powiedziałam.
- Boże, kochana! Martwiłam się! Czemu nie odbierasz? – zapytała dziewczyna.
- Zostawiłam torebkę u ciebie.
- Czyli to twoja? Cholera, jestem głupia. Czemu wyszłaś z imprezy bez pożegnania?
No i trafiła. Nie mogła przecież zapytać „Jak minął ci dzień?” lub „Co robisz?”. Bo o to nie pytają ludzie kiedy do siebie dzwonią. Zaczęłam się jąkać i w końcu wypaliłam coś za co prawie się zabiłam.
- Pani mama się źle poczuła i Ashton po mnie przyjechał.
W tym momencie zaczęłam w myślach odmawiać wszystkie litanie, psalmy i modlitwy aby ona mi uwierzyła. Przez tę ciszę, trwającą niecałe 2 sekundy, prawie usłyszałam jak Bóg, aniołowie, święci i ci pozostali w niebie robią facepalm’a z mojej głupoty. Miałam przed oczami rodziców i mojego chomika Stefana którzy z załamania kręcą tylko głowami.
- Ojej, to nie dobrze. Przekaż jej, że życzę powrotu do zdrowia.
Uwierzyła!! W tym momencie w moich myślach usłyszałam chór aniołów śpiewających „Alleluja!”. Odetchnęłam z ulgą.
- Jasne, przekażę. Muszę kończyć. Do zobaczenia – odparłam.
- Pa kochana – pożegnała się przyjaciółka. Opadłam na ławkę i oparłam głowę o dłonie. Jestem idiotką, ale nie większą od Lucy, która mi uwierzyła. Przecież jej mama pracuje obok mojej. Serio? Jeżeli ona to jej powie, to w poniedziałek mnie zabije, bo dowie się, że kłamałam.
- Kłamać to ty nie umiesz Rosie – powiedział Ashton przysiadając się do mnie.
- No nie mów. Ale nie mogłam nic wymyśleć. Jestem głupia – odparłam i nagle mnie coś olśniło – Czemu mnie podsłuchiwałeś?
- Chciałem sprawdzić czy dodzwoniłaś się do niej – odpowiedział blondyn błądząc wzrokiem po ogrodzie. No i kto tu kłamać nie umie Irwin?
- Skoro podsłuchiwanie uważasz za sprawdzanie to nie będę się kłócić – powiedziałam pod nosem i podałam mu jego telefon. Pewnie usłyszał to gdyż zaśmiał się cicho. Wziął komórkę i zaczął klikać.
- Nie mam twojego zdjęcia do kontaktów – zaczął i odwrócił się w moją stronę – Uśmiechnij się
- Nie! Wyglądam okropnie! Jestem nieumalowana. Innym razem.
- Wyglądasz ślicznie, tym bardziej bez makijażu – odparł i podniósł moją głowę z kolan. Poprawił mi włosy i włączył aparat w telefonie. Wymusiłam lekki uśmiech i zrobił zdjęcie.
- Wyszłaś pięknie – powiedział i podał mi telefon.
- Wyglądam okropnie. Weź to usuń!
- Nie ma mowy. Podoba mi się to zdjęcie – odparł blondyn.
- Jesteś uparty – odburknęłam.
- Ty również – odpowiedział z uśmiechem na ustach Ashton.

***

Leżałam patrząc się w sufit. Przesłuchiwałam najnowszą płytę mojego ulubionego zespołu. Jednak nie mogłam się skupić na słuchaniu. Cały czas przerywał mi ostry ból głowy. Pojawiał się nagle i znikał. Tak co chwilę. Nie mogłam już wytrzymać. Wyjęłam słuchawki z uszu, wstałam i otwarłam okno na całą szerokość. To było to czego potrzebowałam – nagła fala świeżego powietrza. Kiedy poczułam, że mogę bez obawy, że zasłabnę, pójść po wodę, przymknęłam okno. Otwarłam drzwi i ruszyłam w stronę schodów. Kiedy byłam już przy nich usłyszałam jak państwo rodzice rozmawiają w kuchni. Zaczęłam powoli i po cichu schodzić kiedy usłyszałam swoje imię.
- Rosie nie może się o tym dowiedzieć. Nie teraz – powiedziała pani mama. Co? O czym nie mogę się dowiedzieć. Stanęłam na schodku i zaczęłam się wsłuchiwać.
- A jeżeli sama coś znajdzie? Zacznie nas wypytywać? Co jeżeli sama dowie się o tym? – odparł pan tata. Z jego głosu można było wywnioskować, że jest zdenerwowany.
O czym do cholery nie mogę się dowiedzieć?!
- Nie wiem. Musimy zrobić wszystko aby do tego nie dopuścić – odpowiedziała pani mama. Co to ma znaczyć? O co im chodzi? Przez moją głowę przelatywało tysiące myśli. To wszystko było takie dziwne. Nie powinnam była podsłuchiwać. Nagle ktoś złapał mnie za biodra od tyłu.
- Czemu podsłuchujesz? – usłyszałam szept. Gwałtownie się odwróciłam i zobaczyłam Ashton’a. Gorzej już nie mogło być. Myślałam, że go nie ma. Przecież wychodził. Wkopałam się. Patrzył się na mnie, a ja na niego. Między nami panowała cisza, jednak na dole już nie koniecznie. Ashton wyglądał, jakby próbował wsłuchać się w ich rozmowę. Nagle, jakby go coś uderzyło, złapał mnie za rękę i zaciągnął do mojego pokoju. Przymknął drzwi i stanął naprzeciwko mnie.
- Nie wiem czemu to zrobiłaś. Nie wiem czy specjalnie, czy przypadkiem. Ale proszę cię, więcej tego nie rób – odparł blondyn patrząc mi się w oczy.
- Szłam po wodę, kiedy usłyszałam jak o mnie rozmawiają. Nie wiem czemu to zrobiłam – powiedziałam cicho. Błagam, nie mów im, albo powiedz mi o co chodzi.
- Teraz już nie ważne. Po prostu nie rób tego więcej. Obiecasz mi to? – zapytał nadal patrząc mi się w oczy. Widziałam, że był lekko wystraszony i zdenerwowany. On wie, o czym oni rozmawiają. Czemu mi nie powiesz tego Irwin?!
- Obiecuję – odpowiedziałam – Tylko chciałabym tę wodę.
- Zaraz ci przyniosę – szepnął z uśmiechem i wyszedł z pokoju. Odruchowo sama się uśmiechnęłam, poczułam jak rumieńce robią mi się na policzkach. Ale czemu? On tylko przecież seksownie się uśmiechnął. Jego głos kiedy szepcze jest tylko przecież seksowny. On jest tylko przecież… Stop! Co? Czy ja właśnie fantazjuje o moim bracie? Co? Nie… Rosie, chyba cię już do końca pojebało. Jednak przecież to jest prawda. Moje przemyślenia przerwał , nie kto inny jak Ashton.
- Proszę, woda – odparł i podał mi szklankę z napojem.
-Dzieki – odpowiedziałam i lekko się uśmiechnęłam. Puścił mi oko i wyszedł znowu z pokoju. Wróć! Zrób to jeszcze raz!
Kiedy w końcu ogarnęłam swoje myśli, wypiłam kilka łyków wody, uchyliłam znowu okno i usiadłam na parapecie. Przez moje myśli przepływały słowa wypowiedziane przez państwa rodziców. Co przede mną ukrywają? Czemu Ashton o tym wie? Czemu ja nie mogę o tym wiedzieć? To wszystko nie mogło mi wylecieć z głowy. Postanowiłam pójść się umyć. Lepiej abym szybciej poszła spać niż, żebym dłużej zaprzątała sobie głowę tą sprawą. Wzięłam moją pidżamę i wyszłam z pokoju. Udałam się do łazienki. Wzięłam długi prysznic. Nie lubię tego, jednak teraz było mi to potrzebne. Chwila relaksu. Przebrana wyszłam z łazienki. Ruszyłam w kierunku pokoju, kiedy gdy przechodziłam obok schodów usłyszałam głos zdenerwowanego Ashton’a dobiegający z dołu. Zatrzymałam się.
- Nie możecie o tym rozmawiać kiedy ona jest w domu! Rosie słyszała kawałek waszej rozmowy! Co jeżeli się dowie? Ja nie będę jej tego tłumaczył – krzyczał chłopak. Czyli on wie wszystko. Ale nie musiał im mówić, że podsłuchiwałam. Cholera. Nagle usłyszałam czyjeś kroki zbliżające się w stronę schodów. Pobiegłam szybko do pokoju i położyłam się do łóżka. Kroki zbliżały się do moich drzwi. Uchyliły się, na co momentalnie przymknęłam oczy. Jednym okiem zobaczyłam Ashton’a, który mi się przyglądał. Stał tak chwilę i wyszedł. Otworzyłam oczy i westchnęłam. Wiedziałam tylko jedno. To będzie ciężka noc.

_________________________________________

Kto potrafi się tak spóźnić? Ja! 
Przepraszam za tygodniowe opóźnienie. Wybaczycie?
Uważam, że średnio wyszedł rozdział. Nie jest tak długi jak chciałam. 

Mam nadzieję, że wam się podoba (chociaż trochę) i zostawicie komentarz :) 

piątek, 7 listopada 2014

Rozdział 5

Lekko otworzyłam oczy. Poczułam pulsowanie głowy. Nie wiedziałam gdzie jestem ani co się stało. Próbowałam coś sobie przypomnieć. Nagle ból głowy zaczął narastać. Przyłożyłam jedną rękę do czoła i zamknęłam oczy. W jednej chwili wszystko mi się przypomniało. Impreza, Lucy, nieznajomy... Poczułam jak ktoś łapie moją ręke i głaszcze po czole. Jakby próbował mnie uspokoić. To było silniejsze. Znów poczułam ten strach, ten dotyk, oddech, spojrzenie. Nagle krzyknęłam i otwarłam oczy.
- Ciii Rosie, spokojnie. Jestem tutaj - usłyszałam znajomy mi głos i spojrzałam na ciemną postać nade mną - Nic ci nie jest. To tylko ja.
- Ashton? - zapytałam niepewnie.
- Przynajmniej nie masz amnezji - zaśmiał się cicho. Poczułam wielką ulgę i zaczęłam uspokajać swój oddech.
- Co się stało? Gdzie jestem?
- Jesteśmy u Caluma w domu. A co się stało? Nie pamiętasz? - odparł zapalając lampkę niedaleko łóżka na którym leżałam.
- Ostatnie co pamiętam to to, że ten psychol walnął mną o samochód - powiedziałam i zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu. Byliśmy zapewne w pokoju Caluma. Tak zgaduję, bo wątpię aby ktoś inny miał plakaty ACDC i Green Day'a w pokoju w tym domu.
- Och, powiedzmy, że gdyby nie Michael to byś pewnie skończyła inaczej.
- A tak dokładniej? - zapytałam. Miałam nadzieję, że rozwinie się jakoś bardziej, bo jak na razie opis wydarzeń idzie mu wprost zajebiście.
- Ehh, no dobrze...

*** kilka godzin wcześniej***

Ashton

- Nie wierzę, że dałem wam sie namówić na tę imprezę - odburknął Calum. Był wściekły. Chyba jak zawsze ostatnio. Serio może mu ten okres się spóźnia?
- Bez przesady stary. Większość tu wygląda jak idioci więc czworo w tę czy w tę nie robi różnicy – odpowiedział Luke poprawiając swoją maskę żółwia ninja. Nie wierzę, że znam tego kolesia…
- Popatrz na to z innej strony Batmanie – zaczął Michael patrząc na Calum’a – Może uda ci się przelecieć jakąś seksowną kobietę kot.
- Spierdalaj Clifford – prychnął kumpel i wszedł do środka. Chyba jednak przemyśli jego propozycje.
Zostałem z pozostałymi dwoma na dworze. Nie miałem za bardzo ochoty na imprezę. Tym bardziej, że Rosie tam jest, a nie chcę aby poznała mnie od tej strony. Mam do niej jakąś dziwną słabość, której nie potrafię wytłumaczyć. Jest piękna, nieśmiała, niewinna. Takich dziewczyn brakuje na świecie. Może dla tego są takie niezwykłe…
- Popatrzcie na tamtą dwójkę – powiedział Michael wskazując jakąś parę przy samochodzie – On ją chce zgwałcić.
- Stary, jesteś przewrażliwiony trochę – odparłem.
- Właśnie, może – zaczął Luke gdy usłyszeliśmy krzyk tej dziewczyny – Mo-mo-może masz racje
Dziewczyna szarpała się i krzyczała. Nagle dostała w twarz od chłopaka. Mój przyjaciel zerwał się z miejsca. Blondynka oddała mu cios w twarz. Niestety chyba pogorszyła sprawę. Chłopak walnął jej głowę o auto. Michael podbiegł do nich i walnął brunetowi w twarz. Facet leżał na ziemi. Kumpel ukucnął przy dziewczynie.
- Ashton!- krzyknął do mnie – To Rosie!
Zamurowało mnie. Jak to? Patrzyłem się jak jakiś debil chciał ją zgwałcić i nic z tym nie zrobiłem? Następnym razem posłucham Michael’a. Podbiegłem do nich i klękłem obok Rosie.
- Luke biegnij poszukać Calum’a – krzyknąłem do blondyna – Trzeba ją zabrać do szpitala.
- Taa stary, jeszcze pomyślą, że my jej to zrobiliśmy. Nie pamiętasz jak było ze mną i tą rudą? Mamy etykietkę tutaj i nie ważne czy będziemy pomagać staruszkom przechodzić przez ulicę czy opiekować się pieskami ze schroniska i tak go nie zmienią.
- Zabierzmy ją do Calum’a. Jak zaniosę ją do nas do domu to rodzice zawału dostaną – odparłem – Mam tylko nadzieją, że nic jej poważnego nie jest.
Po chwili przybiegli Batman i Żółw Ninja i pojechaliśmy do Calum’a. Ułożyłem Rosie na jego łóżku i przyłożyłem lód do tyłu jej głowy. Usiadłem przy niej i napisałem rodzicom, że jest ona ze mną i mają się nie martwić. Błagam , niech się obudzi…

* * *

Rosie



Ashton pomógł mi zejść na dół. Tam byli pozostali. Calum siedział na krześle i grał na komórce, Luke leżał na kanapie, a Michael jadł. Jest 4 nad ranem a oni nie śpią? Oni są wampirami czy co?
- Rosie!! - krzyknął Luke podchodząc do nas - W końcu się obudziłaś - dodał i mnie przytulił. Odwzajemniłam uścisk i uśmiechnęłam się lekko. Wczoraj miałam go dosyć, a dziś go przytulam. Jestem dziwna... 
- Mi ciebie też miło widzieć - odpowiedziałam i lekko odsunęłam się od chłopaka. Blondyn uśmiechnął się i przeczesał dłonią włosy. 
- Chcesz coś zjeść? - zapytał Ashton. 
- Chętnie - odparłam i poszliśmy do kuchni. Ash wyjął chleb, masło i jakąś szynkę, a potem wstawił wodę. Zaczęłam robić kanapkę kiedy do pomieszczenia wszedł Michael. Uśmiechnął się lekko do mnie, a ja jak głupia skupiłam się na jego zajebiście zielonych włosach. Jestem idiotką...
- Wzrok sobie popsujesz cały czas patrząc na takie jaskrawe kolory - powiedział chłopak, na co Ashton się zaśmiał, a ja oblałam rumieńcem. 
- Rosie, to jest Michael. To on uratował cie przed tym idiotą - odparł Ash. Mike podszedł do mnie i podał mi rękę. 
- Miło cię w końcu poznać. Słyszałem dużo o tobie od Luke'a i Ashton'a. Żałuję, że poznajemy się w takich okolicznościach - powiedział chłopak, a Ash zaczął się śmiać. Czy on się zawsze śmieje z tego co Mike powie? 
- Dzięki, za uratowanie mnie - uśmiechnęłam się lekko. 
- Nie ma sprawy. 
Odszedł i zaczęłam dalej przygotowywać kanapki. Oczywiście ubyło mi połowę dzięki magicznemu stworkowi Ashton'owi. Zjadłam swoją część i wróciliśmy do salonu. Był tam tylko Calum i śpiący Luke.
- Już jej lepiej? - zapytał brunet mojego brata. Halo? Ja tu jestem!
- Tak, zaraz wracamy do domu - odpowiedział Ashton zakładając kurtkę.
- To dobrze. Mam tylko nadzieję, że nie będziemy mieli przez nią kłopotów.
- Zamknij się stary. Ona tu jest. Po za tym nie będziemy mieli - odparł lekko zdenerwowany Ash. Nie wiem co jest Calum'owi ale powinien zjeść snickers'a. Chciałam coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. W domu było strasznie duszno. Czułam jak kręci mi się w głowie. Złapałam się oparcia kanapy i zamknęłam oczy. 
- Ros, nic ci nie jest? - zapytał Ashton zbliżając się do mnie. 
- Nie, tylko jest tu duszno.
- Chodź, wyjdziemy na zewnątrz - odparł i lekko mnie podtrzymując ruszyliśmy w stronę drzwi - Nara Calum.
Na dworze było miło zimno. Oparłam się o samochód i zamknęłam oczy. Wsłuchałam się w ciszę.
- Na pewno już wszystko okey? - zapytał znowu blondyn stając na przeciwko mnie.
- Już teraz tak - odparłam. Stał bardzo blisko mnie. Za blisko... Popatrzył mi się w oczy i nagle jakby się ocknął. Odsunął się i otworzył drzwi pasażera. Lekko zbita z tropu wsiadłam. Po chwili to samo zrobił Ashton i ruszyliśmy do domu.



________________________________________________________

Rozdział miał pojawić sie wczoraj, ale nie byłam w stanie go dodać. Przepraszam :)

Mam nadzieję, że wam się podoba. Wiedzcie, że się starałam, bo trudno jest pisać kiedy źle się czujesz. 
Cały czas szukam osoby która zrobiłaby mi szablon na tego bloga. Będę bardzo wdzięczna za pomoc.

Jeżeli macie jakieś uwagi, pomysły to piszcie  :)
Jeżeli ktoś chce być informowanym o nowych rozdziałach, zapraszam do zakładki "Informowani"
Następny rozdział - 16.11

Czytasz = Komentujesz

czwartek, 30 października 2014

Rozdział 4



*3 dni później*

Rosie

Usłyszałam dźwięk budzika. Znienawidzony przeze mnie sygnał słychać było pewnie piętro niżej. Odszukałam ręką telefon i wyłączyłam alarm. Powoli otwarłam oczy i przeciągnęłam się. W końcu był piątek. Chodzę do szkoły niecały tydzień, a czuje się jakbym spędziła lata jako niewolnik. Kolejna dobra wiadomość na dziś to : Halloween. Jedno z moich ukochanych świąt spędzę na imprezie u największej wariatki. Uśmiechnęłam się na samą myśl o niej. Niestety zaraz posmutniałam gdyż musiałam wstać. Pomimo wielkiego przyciągania mojego łóżka udało mi się wykonać to zadanie. Wzięłam ciuchy i ruszyłam do łazienki. Całe szczęście Ashton budzi się później ode mnie, a państwo rodzice o wiele wcześniej. Gotowa zeszłam na dół. Tam oczywiście przywitała mnie pani mama z pysznym śniadaniem. Wspominałam już, że ta kobieta świetnie gotuje?
Najedzona wróciłam się na górę po plecak i ruszyłam w strone szkoły. Włożyłam słuchawki i włączyłam Beyonce - Love On Top. Nie uszłam daleko kiedy dostałam sms'a.

Od Ashton :

"Tata kazał mi z tobą jechać po twój strój, bo on się nie wyrobi. Będę czekał na parkingu po lekcjach."

No świetnie. Mam tylko nadzieję, że obejdzie się bez spotkania z jego uroczymi kolegami. Wystarczy, że jednego spotykam na lekcjach.
Przy szkole czekała na mnie Lucy. Dziewczyna, kiedy mnie zobaczyła, podbiegła do mnie i przytuliła.
- Witaj słońce. Jak sie ma moja ukochana wampirzyca?- zapytała dziewczyna. Ehh, zapomniałam, że ona wie za co się przebieram.
- Dobrze. A ty droga Alicjo?
- Świetnie! - zapiszczała dziewczyna - Ta impreza będzie zajebista! Wszystko jest już prawie gotowe. A no właśnie, jedziesz dziś z tatą po ten strój po szkole czy później?
- Jadę z Ashton'em, to po pierwsze. Po drugie, od razu po szkole - odparłam.
- Wiedziałam, że tak będzie. Wy z Ashton'em pojedziecie po kostium, a ja będę musiała iść sama po jedzenie - westchnęła brunetka. Zaśmiałam się i po czym ona również i ruszyłyśmy do klasy. Tam o dziwo był już Luke. Wow, nie spóźnił się! Ogłośmy święto narodowe!
Udałam się w stronę ławki.
- Siema Rosie. Twoje miejsce już czeka - wyszczerzył się blondyn. Jak zwykle przewróciłam oczami i usiadłam na miejscu.
- Hej, gniewasz się za coś? Czy może przestałaś mówić? - zapytał chłopak.
- Za nic się nie gniewam, ani nie przestałam mówić. Uważam, że twoich głupich tekstów nie da się inaczej skomentować - odparłam wyjmując książki od historii.
- Staram sie być miły. Jesteś w końcu nową siostrą mojego kumpla - znowu się wyszczerzył. Siedząca przed nim Lucy dyskretnie przysłuchiwała się naszej rozmowie. A może nie zbyt dyskretnie, gdyż to zauważyłam?
- To miłe - lekko się uśmiechnęłam - Ale nie czuję potrzeby kumplowania się z kolegami Ashton'a.
- Ohh, a z kolegami z klasy? - zapytał chłopak.
- Ehh... Jesteś najbardziej natrętną osobą na Ziemi - przewróciłam oczami. Luke zaśmiał się.
-Jakbym słyszał twojego brata - odparł i usłyszeliśmy dzwonek. Do sali weszła pani i rozpoczęła się 45-minutowa męczarnia.

***

Po usłyszeniu ostatniego dzwonka w dniu dzisiejszym wyszłam z sali rozpromieniona. Nie mogłam doczekać sie imprezy Lucy. Wyszłam przed szkołę. Pożegnałam koleżankę na 5 godzin i ruszyłam na szkolny parking. Było tam strasznie dużo ludzi i nic nie widziałam. Nagle ktoś złapał mnie za rękę i pociągnął w lewo. Doszliśmy do jakiegoś auta i dopiero wtedy spojrzałam na tę osobę. Ashton wyjął kluczyki i otworzył drzwi pasażera.
- Nigdy nie byłem super bohaterem na Halloween. To dla mnie zaszczyt - uśmiechnął się i ręką wskazał abym wsiadła. Zaśmiałam się i zrobiłam tak jak kazał, po czym zamknął drzwi. Obszedł samochód i usiadł na miejscu kierowcy.
- To może najpierw pojedziemy na pizze? - zaproponował - Jestem strasznie głodny.
- Okey - odparłam i ruszyliśmy. Chłopak puścił piosenkę Coldplay, której tytułu nie pamiętam. Wyczekiwany przeze mnie moment nadszedł wyjątkowo szybko. Ashton zaczął śpiewać słowa piosenki. Odwróciłam się lekko i oparłam głowę o szybę aby mieć lepszą widoczność. To w jaki sposób wczuwał się w piosenkę i w jaki jego włosy poruszał wiatr sprawiły wielki uśmiech na mojej twarzy. Po chwili blondyn spojrzał się na mnie i widząc moją reakcje zaśmiał się. Przyciszył muzykę i spojrzał na mnie.
- Masz bardzo ładny uśmiech - odparł przyglądając mi się. Lekko się speszyłam i zaczęłam błądzić wzrokiem po aucie - A to akurat jest słodkie - znowu się zaśmiał.
- Możesz przestać. Będę zaraz czerwona.
- O to mi chodzi kochana - odpowiedział chłopak. Przewróciłam oczami i odwróciłam się przodem do drogi. Ash powiedział coś pod nosem i skupił się na drodze. W głębi duszy miałam nadzieję, że to nie koniec naszej rozmowy. To było słodkie, słysząc takie słowa pierwszy raz w życiu od chłopaka. Tylko dlaczego musiał być to mój brat. Nie mogę marzyć o związku ze swoim bratem. Chociaż taki związek kazirodztwem by nie był. Jednak nadal to mój brat i muszę odpędzać takie myśli.

Dojechaliśmy na miejsce i weszliśmy do środka. Usiedliśmy przy jednym ze stolików i po chwili podano nam pizze. Spojrzałam pytającym wzrokiem na Ashton'a.
- Zadzwoniłem wcześniej żeby przygotowali - odparł biorąc trójkątny kawałek. Nie mając więcej pytań ja też wzięłam jeden. Okazało się, że ja zjadłam niecałe 2, a Ash 6. Ciekawe ile oni zamawiają kiedy jest ich cała czwórka?

Najedzeni pojechaliśmy po strój i wróciliśmy do domu. Zostały mi niecałe 3 godziny więc wzięłam się za przygotowania. Zakręciłam lekko włosy, rozjaśniłam twarz i pomalowałam usta czerwoną szminką. Założyłam strój: koronkowy czarny top i spódnica oraz peleryna. Dodałam do tego botki na lekkim obcasie. Spakowałam do torebki telefon i zeszłam na dół. W oczekiwaniu na pana tatę włączyłam telewizor. Kiedy przyjechał, odwiózł mnie do Lucy. Jej dom wyglądał strasznie, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Z wnętrza dobiegała głośna muzyka. Weszłam do środka. Było już sporo ludzi. Odnalazłam koleżankę i przywitałam się z nią znowu. Przedstawiła mnie swojemu bratu i mamie, która zaraz potem wyszła bo jak to ona ujęła – nie chciała patrzeć na ten syf. A który rodzic by chciał patrzeć jak banda nastolatków rozwala ci chałupę?

Impreza rozkręciła się w szybkim tempie. Większość była już opita i nie dało się określić co dokładnie robią, a pozostali byli na parkiecie. Tańczyłam z Lucy kiedy po chwili znikła mi z oczu. Nagle ktoś złapał mnie od tyłu i przyciągnął do siebie. Poczułam czyjś oddech na mojej szyi. Momentalnie przeszły mnie ciarki.
-Witaj piękna - szepnął do ucha - Zabawimy się?
Złapał mnie mocniej i pociągnął przez tłum do wyjścia. Starałam się odwrócić i zobaczyć kim on jest ale nie mogłam. Był o wiele wyższy, a po za tym silniejszy, przez co nie mogłam się wyrwać z jego uścisku. Otworzył drzwi i wyszliśmy na dwór. Co raz mocniej się szarpałam, co nie dawało żadnego efektu. Byłam przerażona. Nie wiedziałam kim on jest i co może mi zrobić. Doszliśmy do dużego, czarnego auta. Oparł mnie o niego i odwrócił przodem do jego twarzy. W końcu mogłam mu się przyjrzeć. Miał ciemne włosy i lekki zarost. Skanował moje ciało wzrokiem, cały czas mocno trzymając. Cholernie się bałam, przez co byłam jakby sparaliżowana. Nagle zbliżył swoją twarz do mojej szyi i zaczął robić malinkę. W jednym momencie obudziłam się i zebrałam w sobie aby wrzeszczeć. Zaczęłam krzyczeć i szarpać się. Chłopak próbował mnie powstrzymać i uderzył mnie w twarz. Poczułam jak policzek zaczyna piec. Łzy stanęły mi w oczach. Zebrałam resztki sił i uwolniłam rękę z jego uścisku i oddałam mu z całej siły cios w twarz. Nieznajomy wkurzył się jeszcze bardziej i z uderzył moją głową o drzwi auta. Upadłam na ziemię. Ostatnie co usłyszałam to czyjeś krzyki. 

_________________________________________________

Mam nadzieję, że mi wyszedł. Starałam się :)

Jutro Halloween także życzę wam niezłej imprezy kochane xx Uważajcie na mochery i księży ;P 

Jak myślicie co się stanie z Rosie?

następny rozdział - 6.11

CZYTASZ = KOMENTUJESZ




środa, 22 października 2014

Rozdział 3

W przerwie na lunch udałyśmy się z Lucy na dziedziniec szkoły. Usiadłyśmy na murku i wyciągnęłyśmy swoje jedzenie. Brunetka starała mi się opisać każdą osobę będącą na widoku. W ten sposób dowiedziałam kto z kim się przyjaźni, chodzi, był lub pieprzył. I niech mi jeszcze ona powie, że wcale nie interesuje ją życie innych. Rozgadana wariatka.
- Ohh, zobacz. Twój braciszek idzie - szepnęła Lucy i kiwnęła w kierunku czwórki chłopaków. Z przodu szedł Ashton z zielonowłosym kolegą, a za nimi Luke z ciemnowłosym ni to mulatem ni azjatą. Wszyscy się na nich gapili i usuwali z drogi. Szczerze? W domu Ash nie wygląda na takiego bad boy'a jak tutaj. On Hannah Montana czy co?! Usiedli na przeciwnym murku kilka metrów od nas.
- Lucy, który to Michael a który Calum? - zapytałam koleżanki.
- No tak, ten brunet to Calum, a ten co ma trawnik na głowie to Michael. Nie trudno ich rozróżnić - odparła dziewczyna, na co się zaśmiałam. Jej ironia, szczerość i sarkazm pobijały wszystko. Przyjrzałam się dokładniej kolegom mojego nowego brata i nie miałam już wątpliwości, ze to ich widziałam wczoraj. Nagle Michael spojrzał na mnie i powiedział coś na ucho do Ashton’a. Ten również zwrócił swoje oczy na mnie i kiedy obydwoje się na mnie zaczęli gapić odwróciłam wzrok. Wyjęłam komórkę i zaczęłam coś przeglądać.
- Nic nie pomogło kochana, teraz gapią się wszyscy. Do tego jeszcze cię chyba obgadują - szepnęła Lucy i w odpowiedzi spojrzałam się na nią morderczym wzrokiem. Dziewczyna zaśmiała się i wzięła mój telefon - Robimy sobie selfie! - krzyknęła i obie zrobiłyśmy typowe dzióbki. Patrząc na nasze zdjęcie zaczęłyśmy się śmiać. Spojrzałam kątem oka na Ashton'a. Nadal się na nas gapili. Uważają, że jak mają okulary to nie widać.
-Idziemy do sali? -zapytałam, na co Lucy wzięła swoją torbę i weszłyśmy do budynku.

Pozostałe lekcje minęły dosyć szybko. Na każdej oczywiście musiałam się przedstawiać nauczycielce i na każdej siedziałam niedaleko Luke'a. Zajebiście. Po ostatnim dzwonku wyszłyśmy szybko z klasy i udałyśmy się w kierunku mojego domu. Lucy zaproponowała, że mnie odprowadzi gdyż boi się, że się zgubię lub koledzy mojego brata mnie porwą. Cieszę się, że to na nią wpadłam. Czuję jakbym ją znała od bardzo dawna. Jest szalona, rozgadana, czasami nadpobudliwa. Taka odwrotność mnie. Dopełniamy się, czy to znaczy, że mogę za nią wyjść?
- Tak w ogóle to organizuje imprezę Halloween’ową w piątek. Mam nadzieję, że przyjdziesz.
- Jasne. Wątpię abym miała inny wybór - odparłam na co dziewczyna się zaśmiała - Mam się przebrać?
- No oczywiście! Co to za Halloween bez kostiumów. Bez nich nie wpuszczam. Ja będę Alicją z Krainy Czarów - powiedziała a ja wybuchłam śmiechem - No co? Tylko ta w miarę ciekawa postać Disney'a mi została. W zeszłym roku byłam Cruellą.
- Jesteś walnięta. Ja jeszcze nie wiem kim będę, ale na 100% cię nie pobiję.
- No to jest chyba oczywiste - odparła dumnie. Kiedy doszłyśmy na miejsce, pożegnałam się z nią i weszłam do środka. Tam po kuchni oczywiście krzątała się pani mama. Podała mi obiad, pogadała za mną o szkole i wyszła do pracy. Ja natomiast wzięłam swoje książki i poszłam do ogródka odrabiać lekcje. Usiadłam na białej ławeczce przy drzwiach tarasu skąd miałam widok na cały ogród. Był on na prawdę piękny. Widać, że państwo Irwin o niego bardzo dbają. Najpierw odrobiłam matmę, potem wzięłam się za historię i powtórzyłam chemię. Odmóżdżona oparłam głowę o oparcie ławki i zamknęłam oczy. Zaczęłam wsłuchiwać się w ciszę.
- Co tam Ros - usłyszałam męski głos. Otwarłam oczy i zobaczyłam siedzącego obok mnie Ashton'a. Spojrzał się na mnie i uśmiechnął. Miał bardzo piękny, biały uśmiech. Odwzajemniłam go i podniosłam głowę z oparcia.
- Nic ciekawego. Jestem zmęczona- powiedziałam.
- No tak. Tutaj zawsze się najlepiej relaksuje - odparł - Widziałem, że zadajesz się z tą Lucy.
- Coś z nią nie tak? -zapytałam i spojrzałam na niego.
- Nie, nic. Dziwi mnie tylko, że tak szybko kogoś poznałaś.
Oh dzięki. Czyli masz mnie za zamkniętą w sobie idiotkę, która nie umie nawiązywać nowych znajomości? Masz jakieś jeszcze złote myśli Irwin?
- Wpadłyśmy na siebie na korytarzu i tak potem jakoś się potoczyło - odpowiedziałam zgodnie z prawdą - Wiesz, ja chyba pójdę się położyć. Strasznie mi się spać chce.
- Spoko, to słodkich snów - odparł Ashton i puścił mi oko na co zaśmiałam się pod nosem. Wzięłam swoje rzeczy i poszłam na górę. Szybko się umyłam i położyłam. Byłam o dziwo strasznie śpiąca i usnęłam od razu.



Ashton

Odprowadziłem Rosie wzrokiem. Jest taką piękną dziewczyną. Tylko dlaczego musiała być adoptowana akurat przez moich rodziców? No tak, ich pieprzone sumienie. Poczułem wibracje w kieszeni i wyjąłem telefon. Odczytałem sms'a od Caluma. Chcieli się spotkać. Niechętnie wstałem i ruszyłem w kierunku mojego auta. Udałem się do domu kumpla. W środku cała trójka już na mnie czekała.
- O co chodzi? - spytałem.
- O twoją nową siostrzyczkę chodzi – odpowiedział głośno Calum - A jeżeli się dowie o naszych sprawach? O waszej tej rodzinnej tajemnicy?
- Nie dowie się o niczym. Dopilnuje tego - odparłem.
- Tak, już to widzę. Mamy wyrobioną niezłą opinię w tym mieście. Większość się nas boi i unika. W ogóle nie będzie się chciała czegoś dowiedzieć! Widziałeś jak nam się dzisiaj przyglądała? Jeszcze się zadaje z tą wszechwiedzącą Lucy! Nadal jesteś tak pewny siebie?! - wykrzyczał Cal.
- Ej, stary. Uspokój się. Ashton będzie ją miał na oku w domu, a ja w klasie. Po za tym wydaje się całkiem miłą i spokojną dziewczyną - powiedział Luke próbując uspokoić kolegę.
- Co nie zmienia faktu, że nadal jej nie ufam - odparł Calum i wyszedł na zewnątrz.
- Okres mu się spóźnia czy co? - szepnąłem do kumpli na co oni się zaśmiali.
- Może jest zazdrosny, że to ty masz taką ładną siostrę - zaśmiał się Michael. Lekko się spiąłem i żeby nie wzbudzać podejrzeń uśmiechnąłem się. Nie wiem czemu tak zareagowałem. Rosie jest bardzo ładna, ma piękne oczy i uśmiech. Ale do cholery! To moja siostra. Nie może mi się podobać! Chociaż spokrewnieni nie jesteśmy, wiec kazirodztwo by to nie było. Czyli niby moglibyśmy... Kurwa mać, ogarnij te swoje jebane myśli Ashton!
Pożegnałem się z kumplami i wróciłem do domu. Całą drogę rozmyślałem o tym co mówił Calum. Może ma on racje. Może ona udaje taką niewinną? Chyba musiałaby być oskarową aktorką. Muszę ją lepiej poznać, dowiedzieć się o niej więcej.

Wszedłem do domu. Wszyscy już spali. Po cichu skierowałem się do swojego pokoju. Przechodząc obok drzwi Rosie, zatrzymałem się i lekko je uchyliłem. Spała. Wyglądała na prawdę słodko. Uśmiechnąłem się do siebie i po chwili chciałem sobie przywalić z liścia w twarz. „To twoja siostra debilu!” krzyknąłem w myślach. Przymknąłem drzwi i ruszyłem do swojego pokoju. Zdjąłem ubrania i położyłem się spać.


_______________________________________________________


Moim zdaniem rozdział średni, za krótki... Następny będzie na pewno dłuższy gdyż będzie dużo się działo. Mam nadzieję, że wam się ogólnie podoba. 
Niedługo pewnie, będę chciała zmienić szablon. Jakby ktoś umiał je robić lub znał osobę, która umie to będę bardzo wdzięczna :)

Jeżeli chcesz być informowanym o nowych rozdziałach, napisz swój user w zakładce "Informowani" :)

Następny rozdział 30.10 <3
CZYTASZ = KOMENTUJESZ

sobota, 18 października 2014

Rozdział 2

Tę noc mogę zaliczyć do nie przespanych. Chyba, że snem można nazwać 3 godziny z przerwami. Pod tym względem mam coś z psychiką. Po śmierci rodziców praktycznie nie spałam. Zdarzało się, że miałam 1 godzinną drzemkę. Potem w domu dziecka lepiej nie było. Na początku spałam po 2-3 godziny, jednak z czasem potrafiłam już 5 albo nawet 8 ( ale to już było wtedy święto). Dziś nie mogłam spać przez przeprowadzkę, szkołę i Ashton'a. Serio, powinna odwiedzić psychiatrę.

Dzisiaj pierwszy raz szłam do nowej szkoły. Gdyby było rozpoczęcie roku, ale jest środek października. Chyba najgorszy czas na dołączenie do klasy. Nienawidzę być w centrum uwagi. Za co muszę tak cierpieć?

Gdy wstałam była 6 rano. Po cichu poszłam do łazienki się ogarnąć. Założyłam białą luźną bluzkę do pępka, krótkie spodenki i na to narzutkę, która trochę przypominała kimono oraz trampki. Związałam włosy w kucyk i lekko się pomalowałam. Nie lubię odważnych makijaży, w ogóle nie jestem miłośniczką makijażu. Na moje nie szczęście albo szczęście pani mama kupiła mi wszystkie potrzebne kosmetyki i ciuchy. Uwielbiam ją. Cudowna, kochana kobieta. Jednak nie musiała mi kupować tak drogich rzeczy. Naszykowana poszłam do pokoju się spakować. Usłyszałam jak ktoś chodzi na dole więc zeszłam sprawdzić. Pan tata poprawiał krawat przed lustrem na korytarzu.
-Dzień dobry Rosie. Już wstałaś?- zapytał
-Dobry. Tak jakoś nie mogłam spać - odparłam - Pójdę coś zjeść - westchnęłam słysząc burczenie mojego brzucha i ruszyłam do kuchni. Tam krzątała się już pani mama. Czyżby to znaczyło, że nie tylko ja mam coś z psychą i nie mogę spać?
-Oh, Rosie. Nie spodziewałam się ciebie tutaj tak wcześnie. Herbaty? -zaproponowała.
- Tak, poproszę - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się - Jestem zestresowana i nie mogę spać.
-Rozumiem. Nowa szkoła to trudne i ciężkie przeżycie. Tym bardziej kiedy dołączasz po rozpoczęciu nowego roku szkolnego- odparła i podała mi kubek - Ale nie martw się. Będzie dobrze.
-Też mam taką nadzieję - powiedziałam.
- Umm, dzień dobry - usłyszała zachrypnięty męski głos. Odwróciłam się i zobaczyłam pocierającego ręką kark Ashtona w samych bokserkach. Zlustrowałam go wzrokiem. Gdy chłopak spojrzał się na mnie zawstydzona szybko odwróciłam wzrok. Chłopak zaśmiał się pod nosem.
-Przepraszam. Zapomniałem, że już przyjechałaś- odparł i usiadł naprzeciwko mnie. Zapomniałeś, że jestem? Bardzo miłe... Tym bardziej, że jesteś przystojny i twoja klata wygląda jak u modela Calvin'a Klein'a. Czekaj! Co? Rosie, przez ten brak snu ci odbija. Ugh... Pani mama podała nam omlety i zaczęliśmy jeść. Przy najmniej to odwracało moją uwagę od Ash'a.

Skończyłam jeść i poszłam po plecak aby pan tata mógł mnie odwieźć do szkoły. Całą drogę się strasznie stresowałam. A co jeżeli nikt mnie nie polubi. Będę samotnie siedzieć w kącie i przeglądać twitter'a i czytać fan fiction. Dość szybko dojechaliśmy na miejsce. Pożegnałam się z panem tatą i weszłam do środka. Udałam się do sekretariatu po plan lekcji i kod do szafki. Baba była taka nie ogarnięta, że myślałam, że jej wpierdolę. Po 15 minutach wyszłam z gabinetu i udałam się na poszukiwania swojej szafki. Nie było to zbyt trudne. Zostawiłam resztę książek i po raz kolejny zaczęłam bawić się w szukaj i znajdź. Idąc popatrzyłam na plan i nagle na kogoś wpadłam.
-O matko. przepraszam - odparłam i pomogłam zbierać dziewczynie stertę kartek.
-Nic nie szkodzi - uśmiechnęła się - Jesteś nowa? Nie widziałam cię jeszcze tu.
-Taa, to mój pierwszy dzień.
-Widzę ten entuzjazm. Pomóc ci w czymś? - zapytała brunetka.
-Jakbyś mogła. Szukam sali od biologi - powiedziałam.
-Oh czyli jesteś tą całą nową uczennicą w naszej klasie. Całe szczęście, że na mnie wpadłaś, a nie na te puste idiotki - odparła i kiwnęła na 3 tapeciary niedaleko nas. Zaśmiałam się i poszłyśmy do sali. Oczywiście nie obyło się bez przedstawienia się przy całej klasie i tych innych bezsensownych rzeczy. Zajęłam miejsce w ostatnim rzędzie. Całe szczęście, że Lucy, bo tak miała na imię moja nowa koleżanka, siedziała przede mną.

W połowie lekcji do klasy wszedł wysoki blondyn. Wydawało mi się, że skądś go znam.
-Luke Hemmings. Któż by mógł się tak spóźnić - przewróciła oczami pani i zanotowała coś w dzienniku. Chłopak nic sobie z tego nie zrobił i usiadł w ławce obok mnie. Kiedy zauważył, że mu się przyglądał uśmiechnął się i puścił mi oko.
-Witaj nowa - szepnął. Przewróciłam oczami i wróciłam do słuchania pani. 

Po dzwonku poszłyśmy z Lucy pod kolejną salę.
-A więc mówisz, że państwo Irwin cię adoptowali - odparła dziewczyna.
-Tak. Wczoraj dopiero przyjechałam - odpowiedziałam i odpisałam na tweeta - Mam pytanie. Kim jest ten Luke?
-Luke? Czyli twój nowy brat nie przedstawił ci jeszcze swoich kolegów. Przyjaźni się z Ashton'em wraz jeszcze z takimi innymi dwoma, Michael'em i Calum'em. Tylko, że oni mają po 18, a Luke ma 17.
- To coś zmienia? - zapytałam.
-Tak. Z tego co wiem, nie angażują go we wszystkie ich akcje i takie tam. Wiesz, nie za bardzo interesuje mnie on ale mówię ci co wiem. - odpowiedziała.
Czyli nie zdawało mi się, że go znam. To jego i tych dwóch pozostałych wczoraj widziałam z Ashton'em. Ale o co chodziło Lucy z tymi akcjami?


____________________________________________________


Miałam dzisiaj nie dodać rozdziału bo źle się czuję, ale się zmobilizowałam xd Mam nadzieje, że się podoba. Ogólnie miał być on dłuższy ale jestem zmęczona.

Czytasz = Komentujesz



wtorek, 14 października 2014

Rozdział 1

Rozdział dedykuje mojej ukochanej @belieber_o_o  <3
__________________________________________________



Przyglądałam się ostatni raz krajobrazowi Sydney. Te wszystkie miejsca, ci wszyscy ludzie, te wspomnienia. Nie chciałam opuszczać tego miasta. Jednak w Thornton mogę zacząć wszystko od nowa, bez żadnej większej etykietki. Rozpocząć nowy rozdział.
W aucie rozbrzmiewała muzyka Elvisa Presley'a. Nikt się nie odzywał. Było strasznie niezręcznie. Nie dziwię się. Też bym nie potrafiła za bardzo zacząć rozmowy z dopiero co adoptowaną córką. Państwo Irwin byli bardzo spokojnymi i inteligentnymi ludźmi. Pan tata Lewis był inżynierem, a pani mama Cheryl była menadżerem najlepszej restauracji w mieście. Przypominali trochę moich rodziców i może dlatego tak szybko ich polubiłam na naszych spotkaniach. Tak po za tym nie miałam w ogóle pojęcia jak się do nich wszystkich zwracać. Niby teraz są moimi rodzicami ale dużo czasu minie za nim zacznę mówić do nich po prostu "mamo" i "tato".  Ciszę przerwał pan tata.
-Jak dojedziemy na miejsce, z Ashton'em zaniesiecie twoje rzeczy. My musimy jeszcze odebrać kilka drobiazgów do twojego pokoju.
Właśnie, był jeszcze Ashton. Syn państwa Irwin'ów, od dzisiaj mój nowy starszy brat. Nie byłam jakoś zachwycona. Był jedynakiem tak jak ja, a doskonale wiem jak trudno od tak nauczyć się nagle dzielić z kimś to co miałeś przedtem tylko dla siebie. Nowi rodzice zapewniali mnie, że on akceptuje to i nie będzie mu to sprawiać większych problemów. Jeśli to jest prawda to może nie będzie tak źle.
-Oczywiście on jest po to aby ci pomóc więc nie musisz się krępować go o nią prosić - uśmiechnęła się do mnie pani mama, a ja odwzajemniłam go i pokiwałam głową. Trochę się stresowałam ale kto by nie?

Godzinę potem zatrzymaliśmy się przed jednorodzinnym dwupiętrowym domkiem. Wysiadłam wraz z panem tatą i otworzyliśmy bagażnik aby zacząć wyjmować moje rzeczy. Złapałam moją wielką, ciężką walizkę i z trudem podnosiłam. Nagle ktoś złapał ją za drugi uchwyt i położył na ziemi.
-Pozwól, że ja się tym zajmę - usłyszałam męski głos. Podniosłam głowę i zobaczyłam wysokiego chłopaka, z lekko kręconymi niedługimi włosami. Spoglądał na mnie swoimi orzechowymi oczami.
-Jestem Ashton, ale to już pewnie wiesz - odparł i lekko się zaśmiał.
-Rosie, ale pewnie już wiesz - uśmiechnęłam się na co chłopak jeszcze bardziej się zaśmiał.
-No to skoro pierwsze mosty spalone, zanieście te rzeczy do pokoju Rosie - powiedział pan tata. Przytaknęłam i wzięłam jedną z lżejszych torb. Ashton wziął moją walizkę i poszliśmy w kierunku drzwi. Weszliśmy po schodach i zatrzymaliśmy się przed drugimi drzwiami po prawo. Chłopak otworzył je i zobaczyłam swój nowy pokój. Miał błękitne ściany, po prawo było białe łóżko i niewielka komoda, a po lewo biurko i szafa. Na środku znajdowały się dwa okna z białymi zasłonami.
-Oto on. Podoba ci się? - zapytał Ash.
-Jasne, jest piękny - odpowiedziałam z uśmiechem na ustach. Odłożyłam torbę i zaczęłam się rozglądać.
-To dobrze bo ścian drugi raz nie będę malował - odparł i również położył walizkę - a teraz chodź po resztę rzeczy bo jeszcze je ktoś z chodnika zwinie.
Po wniesieniu wszystkiego na górę, zmęczona opadłam na łóżko. Nie wierzyłam, że już tu jestem, że to się dzieje. Bardzo mi się tu podobało. Nie tylko mój pokój ale i reszta. Z okna miałam widok na las i nasz ogródek. Pani Irwin chyba jest wielką miłośniczką kwiatów gdyż jest ich tam mnóstwo. Mój nowy brat też nie wydawał się zły. Miał poczucie humoru, najbardziej zaraźliwy śmiech jaki słyszałam, no i był przystojny. Stop... To jest mój brat. Nie mogę tak myśleć. Ogarnij się Rosie. Nagle usłyszałam pukanie. Drzwi lekko się uchyliły i ujrzałam głowę Ashtona.
-Hej. Rodzice kazali nam zjeść obiad więc zapraszam na dół - uśmiechnął się i poszedł. Jako iż jestem leniwa, z wielkim trudem wstałam i zeszłam na dół. Weszłam do kuchni i wzięłam naszykowany dla mnie talerz z obiadem. Usiadłam przy stole na przeciwko Ashtona. Całe szczęście, że była włączona muzyka bo gdyby nie to, ta cisza między nami by nas zabiła. Nagle Ash zaczął podśpiewywać pod nosem 21 Guns. Zaczęłam mu sie przyglądać, a chłopak tak zatracony w śpiewaniu i jedzeniu zorientował się dopiero pod koniec piosenki.  Lekko spoważniał, a ja zaczęłam się śmiać.
-Aż tak źle było? - zapytał starając się zachować powagę.
-Nie, było nieźle. Tylko śmieszy mnie twoja reakcja - odparłam. Nie wytrzymał długo i wybuchł śmiechem przepraszając za ewentualne uszkodzenie słuchu. Po chwili do domu weszli rodzice i słysząc nasze śmiechy zajrzeli lekko zdziwieni do kuchni. Uśmiechnęli się do siebie. Pogonili nas abyśmy zabrali rzeczy z bagażnika znowu do mojego pokoju. Zrobiliśmy to co kazali i każde rozeszło się do swojej sypialni.

W nocy nie mogłam spać. Za dużo myśli było w mojej głowie. Postanowiłam pójść się napić. W domu dziecka zawsze to pomagało. Zeszłam na dół i skierowałam się do kuchni. Wyjęłam z lodówki mleko i wlałam do szklanki. Miałam wracać do pokoju kiedy zauważyłam świecące się światło przed drzwiami. Podeszłam po cichu do okna i odsłoniłam lekko zasłonkę. Stał tam Ashton z trzema innymi chłopakami. Szczerze, nie wyglądali milusio. Jeden opierał się o motor, dwoje pozostałych o czarne auto. Po tym dniu nie powiedziałabym, że Ash się z nimi zadaje, a jednak. Nic już nie rozumiałam. Wróciłam do pokoju i położyłam się.
Czyli Ashton może być inny niż mi się zdaje?
Czyli kolejna sprawa przez którą dzisiaj nie usnę.

_______________________________________________________

Mamy pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że wam się podoba. Jeszcze raz zachęcam do komentowania, gdyż jest to motywujące x 

Następny rozdział postaram się dodać w weekend :) 

niedziela, 5 października 2014

Prolog

5 sierpnia 2013 roku moi rodzice mieli wyjechać na weekend z okazji 20 rocznicy ich ślubu. Do wynajętego, 50 km za Sydney, domku musieli przejechać przez rzekę. Przez stary most, zwanym przez niektórych "niebezpiecznym" lub "śmierci". Gdybym wiedziała co się stanie, nie pozwoliłabym im jechać. Udałabym chorobę, uciekłabym z domu aby mnie szukali, zrobiłabym wszystko. Jednak nie wiedziałam. Cieszyłam się, że rodzice mi ufają i mogę mieć dom dla siebie. Wyjechali w piątek po 17. O godzinie 18:20 dostałam telefon. Rodzice mieli śmiertelny wypadek. Samochód zderzył się z rozpędzonym motorem. To był najgorszy dzień mojego życia. Jako iż miałam wtedy 16 lat nie mogłam jeszcze mieszkać sama więc zaczęli szukać kogoś z rodziny lub znajomych aby się mną zajeli. Niestety, z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu, a znajomi nie chcieli się w to mieszać. Tak więc pod koniec wakacji trafiłam do najgorszego domu dziecka w Sydney. Mieszkanie tam było prawdziwą szkołą życia. Każdy mógł liczyć tylko na siebie. Nikt praktycznie się tobą nie przejmował. Ciągle były bójki i kłótnie. Co najmniej raz w miesiącu jedna osoba kończyła w poprawczaku. Starałam się trzymać z boku, nie mieszać się. Takich osób właśnie było niewiele, to im zawsze znajdowano rodziny zastępcze. W końcu zostałam tylko ja. Po roku męczarni w tym wariatkowie znaleźli mi dom. Mieszkali w Thornton. Nie podobało mi się to gdyż było to ponad 150 km od Sydney i znajdowało się to około 30 km najbliższej plaży. Moi nowi rodzice mieli o rok starszego syna ode mnie. Byli jedynymi którzy mnie chcieli. Nie protestowałam. Marzyłam aby się stamtąd wyrwać.
Nie wiedziałam, że gdy się przeprowadzę czeka mnie kolejny ważny i bardzo trudny egzamin. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że miłość to tak silne uczucie, że będę przez to cierpieć
Ale... przecież sama jestem sobie winna.
Przecież... on mnie ostrzegał.

______________________________________________________

Mam nadzieję, że zachęcił on was do czytania dalej. Polecam zajrzeć w zakładkę "bohaterowie" i "zwiastun" :) Oczywiście zachęcam do komentowania gdyż to na pewno motywuje do dalszego pisania x

*Opowiadanie nie jest tłumaczeniem, jest mojego autorstwa.