piątek, 1 maja 2015

Rozdział 14

Rozdział z obiecaną dedykacją dla Grażyny


Wjechaliśmy windą na 10 piętro. Skręciliśmy w prawo i Louis otworzył ciemnobrązowe duże drzwi. Moim oczom ukazał się biały przedpokój z wielkim lustrem i kilkoma wiszącymi, kryształowymi lampkami. Weszliśmy do środka. Lou odłożył moją torbę na białą półkę i poszedł do salonu.
- Tak już wróciłem – słyszałam z dużego pokoju – Mam dla was niespodziankę.
Chwilę potem wrócił do mnie, a za nim jego rodzice. Uśmiechnęłam się szeroko jak i oni.
- Mój Boże, Rosie – powiedziała kobieta przytulając mnie – Tak dawno się nie widziałyśmy. Straszne wydoroślałaś.
- To nie jest już nasza mała Rose tylko prawie dorosła kobieta – dodał tata Lou – Ale uśmiech to czysty Nathan.
Słysząc to czułam jak moje serce pęka, jednak strasznie miło było mi to słyszeć. Wujek zawsze powtarzał, że pod tym względem jesteśmy jak dwie krople wody. Może po za częstym bujaniem w obłokach. Mama Lou wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do salonu. Nic się tam nie zmieniło. Białe skórzane kanapy, wielki kryształowy żyrandol, a trochę dalej duży stół z krzesłami. Po prawo wejście do kuchni, z której czuć było zapach tostów. Usiedliśmy na sofie i zaczęliśmy długo rozmawiać, w między czasie jedząc śniadanie.

***

Szłam cichą uliczką, trzymając czerwoną różę w ręku. Wiatr rozwiewał moje włosy i przeszywał ciarkami całe moje ciało. Nie lubiłam tej okolicy, tego miejsca. Moim oczom ukazała się wielka żelazna brama. Stanęłam, wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w jej kierunku. Kiedy przeszłam przez nią, skręciłam w drugą alejkę po prawo. Szłam pomiędzy szeregami mogił i starych drzew. Minęłam kilkoro ludzi, którzy kierowali się w stronę wyjścia. Tak jakby chcieli mnie zostawić sam na sam. Po chwili znów skręciłam w lewo i byłam na miejscu. Stałam naprzeciwko pomniku. Czułam jak uginają mi się nogi. W myślach powtarzałam sobie „ tylko nie płacz”. Spojrzałam na napis : RIP Melissa i Nathan Everett. Moje oczy wypełniły łzy, a ja uklękłam z niemocy. Tyle wydarzeń, wspomnień przebijało się przez moje myśli. Postanowiłam się ogarnąć. Otarłam policzki i położyłam różę przed pomnikiem. Pomodliłam się, starając się znowu nie rozpłakać. Wyjęłam z torebki znicz. Położyłam go na ziemi i zaczęłam szukać zapalniczki. Nigdzie nie mogłam jej znaleźć.
- Cholera – przeklęłam pod nosem, próbując ją dalej znaleźć.
- Proszę – usłyszałam za sobą znajomy głos. Odwróciłam się, a obok mnie klęczał Ashton z zapalniczką w ręku. Wyszczerzyłam oczy na niego.
- Co ty tutaj robisz? – zapytałam cały czas zaskoczona jego obecnością.
- Chciałem zobaczyć czy jesteś bezpieczna – odparł i spojrzał na mnie – Po za tym mam coś do załatwienia tutaj. Masz tę zapalniczkę.
- Dzięki – odpowiedziałam, biorąc ją od niego – Ale nie musiałeś mnie sprawdzać.
- Musiałem. Nie ufam Louis’emu.
- Ale ja mu ufam i powinno ci to starczyć – powiedziałam. Zapaliłam znicz i położyłam go obok róży.
- Chciałbym, aby mi to starczało. Niestety Rosie, nie ufam i jemu i jego koledze.
- Taa, znam tę historię Ashton. Chcieliście go zabić i bla bla bla. Tylko ja niestety chyba im bardziej ufam niż tobie – odparłam, wstając z ziemi i powoli idąc w stronę wyjścia.
- Rosie – usłyszałam za sobą i nagle Ash złapał mnie za rękę i obrócił do siebie – Wiem, że straciłem twoje zaufanie. Wiem, że trudno będzie mi je odzyskać. Jednak proszę cię, nie odtrącaj mnie, bo ja chcę cię chronić.
- Ashton, proszę cię…
- Nie Rose, to ja cię proszę – odparł i przyciągnął mnie do siebie, kładąc rękę na moich plecach – Nie wiesz o nich wszystkiego. Boję się o ciebie, bo jesteś dla mnie ważna. Uważaj na siebie.
- Louis i Brian czekają na mnie pod bramą. Muszę iść – szepnęłam i odeszłam. Chciałam jak najszybciej stamtąd wyjść. Czemu Ash jest taki uparty? Chciałam odpocząć, to ten przyjeżdża za mną. Nie rozumiem facetów. Wyszłam z cmentarza i zobaczyłam samochód Lou na parkingu. Ruszyłam w jego kierunku, jednak po chwili zauważyłam, że nikogo w nim, ani wokół niego nie ma. Nagle ktoś przytulił mnie od tyłu, a ja jak zwykle krzyknęłam. Usłyszałam dobrze znany mi śmiech mojego przyjaciela.
- Nie musisz się mnie bać mała – odparł przez śmiech Louis.
- Jakbyś mnie nie straszył to by pewnie tak było – odpowiedziałam i walnęłam go łokciem w brzuch.
- Ejj, spokojnie. Rosie poznaj Brian’a – powiedział pokazując uśmiechniętego chłopaka za sobą. Miał lekko kręcone włosy w kolorze ciemnego blondu, szaroniebieskie oczy i naprawdę piękny uśmiech.
- Hej, fajnie cię w końcu poznać. Serio jesteś tak ładna jak mówił – odparł chłopak, a ja jak zwykle się zarumieniłam. Cholera.
- Hej. Dzięki, ale przesadzasz. Nie jestem ładna – odpowiedziałam z uśmiechem.
- Okey, bo czuję się odrzucony jak tak sobie flirtujecie. Jedziemy na boisko.
Zaśmialiśmy się z Brian’em i poszliśmy do auta. Całą drogę słuchaliśmy i śpiewaliśmy piosenki 30 seconds to mars. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, chłopcy poszli do szatni, a ja ruszyłam w stronę pobliskiego kiosku. Kupiłam tam cole i postanowiłam usiąść na ławce przed wejściem na boisko. Nagle usłyszałam głośny pisk.
- Rosie! – ktoś pisnął, a ja podskoczyłam. Spojrzałam przed siebie i zobaczyłam biegnącą w moim kierunku znajomą mi rudowłosą.
- Crystal! – krzyknęłam i również zaczęłam biec. Wtuliłyśmy się w siebie mocno, tak jakbyśmy się ze 100 lat nie widziały. Crystal była moją jedyną przyjaciółką w szkole. Znałam ją od przedszkola i od tamtej pory była dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam. Potem dołączył Lou, o którego dziewczyna była na początku bardzo zazdrosna. Potem zaczął jej się podobać, ale stwierdziła, że jest zbyt dziecinny i nie w jej typie – powiedziała to mając 10 lat. Od tamtej pory do teraz ich relacje są na poziomie brat – siostra.
- O matko, nie wierzę. Strasznie za tobą tęskniłam – piszczała rudowłosa.
- Ja za tobą też. Opowiadaj co tam u ciebie – odparłam i usiadłyśmy na ławce. Dziewczyna kochała gadać, także opowiedziała mi wszystko szybko i z potrzebnymi szczegółami. Tyle mnie ominęło przez ten czas. Zrobiło mi się trochę smutno jednak patrząc na Crystal od razu się uśmiechałam. Serio była dla mnie jak rodzina.
Nagle ktoś objął mnie ręką od tyłu. Odwróciłam się i zobaczyłam uśmiechniętego Brian’a.
- No co tam dziewczyny? Wchodzicie już, czy czekacie, aż zajmą najlepsze miejsca na widowni? – zapytał chłopak.
- No dobra. Chodźmy Crystal – odparłam leniwie i zaśmialiśmy się wszyscy. Wstałyśmy z ławki i ruszyłyśmy za Brian’em. Pokazał nam najlepsze miejsca i czekałyśmy na mecz. Byłam strasznie niecierpliwa. Chciałam zobaczyć Louis’ego w akcji. Po jakimś czasie zawodnicy wybiegli na boisko. Zaczęli się rozgrzewać. Zauważyłam Lou na lewo, a po chwili i on mnie. Pomachał mi i zajął się rozgrzewką. Podbiegł bardziej w naszą stronę i zaczął się popisywać, cóż… jak zwykle. Brian widząc jego popisy, kopnął piłkę prosto w jego tyłek. Louis odwrócił się zdezorientowany w jego stronę i z miną na twarzy w stylu „ co do cholery?” Ten tylko starając się nie wybuchnąć śmiechem pomachał mu. Lou wkurzony kopnął w niego piłką tak, że o mało Brian nie dostał w twarz. Wraz z Crystal leżałyśmy prawie ze śmiechu.

***

Skończyła się pierwsza połowa meczu. Zawodnicy udali się do szatni.
- Rose, głodna jestem – narzekała Crystal.
- Zaraz pójdziemy coś kupić, tylko chcę pójść do Lou – odparłam zirytowana. Ruszyłyśmy w stronę szatni.
- Rosie, ale ja zaraz umrę z głosu!
- Okey!! Już idziemy coś kupić – powiedziałam prawie krzycząc i poszłyśmy stanąć w kolejce po żarcie. Zaczęłam rozglądać się po holu. Nagle zauważyłam dwóch zakapturzonych chłopaków. Obu wystawały blond włosy. Znałam skądś tę kurtkę. Nie… Nie może być. Cholera!
- Hej, Rose. Na co się tak patrzysz? – zapytała przyjaciółka.
- Eee, na nic – odparłam szybko. Spojrzała na mnie przenikliwym wzrokiem i podeszła do okienka. Spojrzałam ostatni raz w tamtą stronę, ale nikogo już nie było. Po chwili dziewczyna wróciła z dużą zapiekanką. Wyszłyśmy na zewnątrz, bo trener nie wpuszcza nikogo z takim jedzeniem. Usiadłyśmy na ławce. Nie rozmawiałyśmy bo rudowłosa była zajęta pochłanianiem jedzenia. Nagle usłyszałyśmy dźwięk wystrzałów dochodzący z boiska. Wszyscy zaczęli krzyczeć i wybiegać ze środka. Przerażone zaczęłyśmy biec. Nie zauważyłam, kiedy zgubiłam Crystal w tłumie. Pobiegłam na parking i schowałam się za autem Lou. Byłam przerażona, mój oddech był szybki. Bałam się. Nagle obok mnie zjawił się Ashton.
- Musimy uciekać – powiedział i załapał mnie za rękę – Ufasz mi?
- Nie wiem – odparłam, a ten spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem – Tak, ufam.
Wychylił się lekko zza auta i po chwili biegliśmy między autami i ludźmi. Wybiegliśmy z parkingu na tyły boiska. Był tam Michael i Luke. Blondyn przytulił mnie i zaczął prowadzić do auta.
- Crystal! – krzyknęłam i odwróciłam się do Ashton’a – Ona tam została!
- Cholera, nikt z nas jej nie znajdzie pośród tych wszystkich ludzi! – krzyknął Ash. Spojrzałam na niego i wyszeptałam „ proszę”. Chłopak przewrócił oczami i wybrał numer na telefonie.
- Calum, zostań tam i szukaj tej rudej co z Rosie stała – zaczął blondyn – Nie obchodzi mnie, że masz to gdzieś! Masz ją znaleźć do cholery i przywieźć całą!
- Tak to już jest, jak ma się dwóch samców alfa w paczce – odparł Michael, na co się zaśmiałam. Nagle ktoś strzelił w szybę auta. Wystraszona pisnęłam. Ashton szybko złapał mnie za rękę i pobiegliśmy na pobliskie garaże. Szybko schowaliśmy się za jeden z nich. Ash stanął naprzeciw mnie tak blisko, jakby chciał mnie ochronić przed właśnie lecącą kulą. Uniosłam lekko głowę i spojrzałam na niego. Oddychaliśmy szybko, patrzył się na mnie z troską i niepokojem. Po chwili odgarnął palcami opadający mi na twarz kosmyk włosów. Spojrzał mi prosto w oczy. Nasze twarze dzieliły centymetry. Przyglądałam się jego orzechowym oczom. Nagle zaczął zbliżać swoją twarz coraz bardziej do mojej. Z jednej strony chciałam się odsunąć, ale z drugiej… W jednej chwili jego usta dotknęły moich i złożył na nich lekki pocałunek. Zamknęłam oczy i nie wiem czemu, sama musnęłam jego usta. Nagle chłopak wplątał swoją dłoń w moje włosy i zaczął składać pocałunki na moich ustach.

____________________________________________________________

Przepraszam, za tak rzadkie rozdziały. Przez to straciłam wielu czytelników i jest mi smutno. Postaram się to naprawić. Ten nie jest najlepszy ale podoba mi się koniec, za który ktoś może mnie zabić :D 
Czytasz = Komentujesz

sobota, 14 marca 2015

Rozdział 13


Poczułam chłodny wiatr i ciarki na całym ciele. Otworzyłam oczy. Nadal leżałam w lesie, jednak było już ciemno. Światło księżyca ledwo przebijało się przez korony drzew. Praktycznie nic nie widziałam. Wzięłam leżącą obok mnie torbę i otrzepałam się z liści i igieł drzew. Zaczęłam szukać komórki w kieszeniach torebki. Nie było jej. Musiałam ją zgubić biegnąc. Przeklęłam pod nosem i ruszyłam szukać wyjścia z lasu. Ciągle potykałam się i zahaczałam o gałęzie. Z każdym kolejnym krokiem byłam coraz bardziej przerażona. Tak mam 17 lat i tak boję się ciemności. Panująca cisza sprawiała, że moje myśli wariowały. Znowu miałam przed oczami najgorsze wydarzenia. Czułam narastający ból głowy. Oparłam się o drzewo i starałam się unormować oddech.
- Rosie, przestań o tym myśleć – powtarzałam sobie cicho. Kiedy poczułam się odrobinę lepiej, ruszyłam dalej. Niedługo potem w oddali usłyszałam jadący samochód. Dwa. Trzy. Byłam blisko jezdni, blisko wyjścia. Zaczęłam biec. W końcu widziałam światło lamp. Wybiegłam z lasu. Szczęśliwa rozejrzałam się wkoło. Nie wiedziałam gdzie jestem, nigdy tu nie byłam. Zrezygnowana usiadłam metr od ulicy. Wyjęłam picie z torby i wypiłam połowę zawartości. Zaczęłam wyjmować igły z moich włosów, kiedy nagle jakiś samochód zjechał z drogi i zatrzymał się obok, oświetlając moją postać. Przestraszyłam się. Po tym co powiedział mi Ashton, teraz mogłam się wszystkiego spodziewać. Drzwi kierowcy się otworzyły.
- Rosie – usłyszałam znajomy głos.
- Louis? – odparłam, czując jak łzy napływają do moich oczu. Wstałam i chłopak ruszył w moją stronę. Mocno mnie przytulił i ucałował w głowę.
- Boże, jak się cieszę, że nic ci nie jest – powiedział, cały czas mocno trzymając mnie przy sobie.
- Czekaj, co ty tu robisz? – zapytałam zdziwiona.
- Lucy napisała do mnie na facebooku, że nikt nie wie, gdzie jesteś i wszyscy cię szukają. Więc wsiadłem w samochód i jestem – odparł odsuwając się ode mnie.
- Pewnie państwo rodzice odchodzą od zmysłów.
- No wiesz, jest po 24 i szczerzę im się nie dziwie – powiedział, a ja stałam z szeroko otwartymi oczami. 24? Czyli spałam ponad 10 godzin? Czemu ja tak w nocy czasami nie mam?
- Muszę jechać do domu – westchnęłam i zaczęłam myśleć znowu o Ashtonie.
- Ej, odwiozę cię – odparł chłopak, na co ja wymusiłam lekki uśmiech – No dobra Rosie, mnie nie oszukasz z tym swoim uśmieszkiem. O co chodzi? Czemu cię szukają i dlaczego nie chcesz wrócić do domu?
- Louis ja… Po prostu chyba znowu nie wyrabiam psychicznie – zaczęłam, czując jak łzy spływają mi po policzkach – Za dużo się dzieje. Ja…
- Ćsiii, spokojnie – powiedział chłopak, ocierając moje łzy – Odwiozę cię do domu, uspokoimy twoich nowych rodziców i z samego rana pojedziemy do Sydney. Odpoczniesz, będziesz mogła spokojnie przemyśleć niektóre sprawy, spotkasz się z Crystal i moimi rodzicami. W niedzielę wieczorem wrócisz do domu. Co ty na to?
- Naprawdę? – zapytałam nie mogąc uwierzyć, w jego słowa.
- Tak.
Uśmiechnął się i wyjął liść z moich włosów. Zaśmiałam się i ruszyliśmy do auta. Dziwne było, że Lou znał tę okolicę lepiej niż ja. Szybko znaleźliśmy się pod moim domem. W salonie świeciły się światła. Wysiedliśmy i ruszyliśmy do wejścia. Wyjęłam klucze z torebki, otworzyłam drzwi i weszliśmy do środka. Na korytarz wbiegła pani mama.
- Rosie! W końcu się znalazłaś – krzyknęła kobieta, przytulając mnie. W mgnieniu oka wszyscy byli już w korytarzu. Pan tata, Ashton, Lucy, Luke, Michael i ku mojemu zdziwieniu Calum.
- Nic mi nie jest – odpowiedziałam próbując uspokoić kobietę. W odpowiedzi uśmiechnęła się do mnie i poszła do kuchni mówiąc, że zaparzy herbaty. Nagle Lucy rzuciła się na mnie.
- Boże, jak się martwiłam! Ty mnie chcesz do zawału doprowadzić! Jak tak możesz mnie biedną, o tak słabym sercu straszyć?! Całe szczęście, że nawet w takich trudnych sytuacjach zachowuję racjonalne myślenie. No wiedziałam, że Louis cię odnajdzie. Ja po prostu jestem genialna. Kocham cię Lou. Ciebie też Rosie. Świat jest piękny – mówiła brunetka. Wraz z Louis’m patrzyliśmy na siebie co chwile, próbując się nie śmiać. Kocham tę wariatkę. W pewnym momencie zatkałam jej usta dłonią.
- Ja ciebie też, ale proszę, uspokój się – odparłam z uśmiechem. Lucy odwzajemniła go i przytuliła mnie.
- Ashton się strasznie martwił. Luke ma jakieś straszne wyrzuty sumienia. Ogólnie, żebyś widziała co tu się działo – szepnęła mi do ucha i odsunęła się ode mnie. Postanowiła wrócić do domu, więc wzięła kurtkę, dała mi buziaka w policzek i wyszła. Zauważyłam jak chłopcy, stojący naprzeciw nas przy schodach, przyglądają się Lou, a Louis im. Co jeżeli on ich pozna? Wzięłam Lou za rękę i zaprowadziłam do kuchni. Przedstawiłam go rodzicom. Bardzo ciepło przyjęli mojego wybawcę. Chłopak usiadł przy stole. Ja też chciałam, kiedy poczułam jak ktoś od tyłu łapie mnie za rękę.
- Możemy pogadać? – usłyszałam szept Ashtona.
- Musimy teraz? – zapytałam odwracając się do niego. Dzieliło nas może 20 centymetrów. Patrzył na mnie zmartwionym wzrokiem.
- Tak – odpowiedział i ruszył w kierunku korytarza, ciągnąc mnie za rękę. Obróciłam głowę w kierunku Lou i powiedziałam nieme „jest okey”. Potaknął głową i zaraz pan tata zajął go rozmową. W korytarzu czekali pozostali muszkieterowie. Luke podszedł do mnie.
- Ja przepraszam, nie wiedziałem. On mnie prawie zabił – powiedział wskazując na Ash’a – Zrozum, my naprawdę nic jemu już nie zrobimy. Proszę, wybacz mi Rosie. Prooooooszę.
- Nie wiem Luke, ja muszę po prostu to wszystko przemyśleć. Dajcie mi czas.
- Pamiętaj, że my nie chcemy ci nic zrobić, nawet Calum – odparł Michael, spoglądając na przyjaciela – Rozumiem, że nie jest ci łatwo, sam pamiętam jak to było, ale ochronimy cię, jakby co.
- Dzięki – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.
- Możecie nas zostawić – powiedział Ashton do chłopców, a ci w mgnieniu oka zmyli się z domu. Blondyn stanął naprzeciw mnie. Oboje byliśmy spięci. Poprawił nerwowo włosy i spojrzał na mnie.
- Wszystko dobrze? – zapytał.
- Nic nie jest dobrze Ashton – odparłam, próbując na niego nie patrzeć.
- Rozumiem, że to wszystko moja wina. Przepraszam.
- Przeszłość nie zawsze da się zostawić za sobą – odparłam, na co chłopak spojrzał na mnie zdezorientowany – Nie wiesz jaka byłam zanim tu trafiłam. Nie wiesz z czym się borykałam, co mi było. To trudne, nie lubię o tym rozmawiać.
- Rozumiem, ale przez to że nie mówisz mi tych rzeczy, ja nie mogę cię poznać. Opowiedziałem ci moją historię
- Nie całą – przerwałam mu.
- Jednak, byłem w tym całkowicie szczery. Wiem, że możesz nie chcieć ze mną spędzać czasu po tym. Możesz się bać, nie ufać mi, rozumiem. Jednak chciałbym wiedzieć o tobie więcej.
- Najpierw muszę, to wszystko przemyśleć. Daj mi czas. Przynajmniej do poniedziałku. Tak czy tak wyjeżdżam – odparłam i poprawiłam włosy.
- Gdzie wyjeżdżasz? – zapytał głośniej Ashton.
- Louis zabiera mnie do Sydney. Dobrze mi to zrobi – powiedziałam i poszłam na górę, zostawiając zdezorientowanego Asha. Umyłam się i udałam do swojego pokoju. Na łóżku siedział Louis, przeglądający książkę od historii. Słysząc zamykające się drzwi, podniósł wzrok znad książki i spojrzał na mnie.
- No, przynajmniej nie będziesz miała już tych skarbów lasu we włosach – odparł z uśmiechem – Kładź się, bo rano wyjeżdżamy.
- Wiem , wiem. A ty gdzie będziesz spał? – zapytałam kładąc się pod kołdrę.
- Masz bardzo miękki dywan – odpowiedział, kładąc się na moim puchatym, fioletowym dywaniku. Zaczęłam się śmiać i poklepałam miejsce obok mnie.
- Nie żartuj, tylko chodź.
- Moja narzeczona w końcu zaprasza mnie do łóżka. Hmm, propozycja nie do odrzucenia – zaśmiał się i wstał z podłogi. Zdjął swoją białą koszulkę i ujrzałam dobrze wyrzeźbioną klatę chłopaka. Zaśmiał się jeszcze bardziej, widząc moją reakcję i wskoczył na miejsce od ściany. Objął mnie ręką w pasie i ucałował w czoło.
- Dobranoc mała – odparł.
- Dobranoc – odpowiedziałam lekko się śmiejąc i zgasiłam lampkę.

***

Wstaliśmy o 6, a pół godziny później byliśmy już gotowi. Spakowałam do torby najpotrzebniejsze rzeczy. Na dole pani mama pożegnała się z nami i odprowadziła nas do auta. Nagle pod dom podjechało czarne audi. Za kierownicą dostrzegłam Caluma. Po chwili z domu wyszedł Ashton i podszedł do mnie.
- Uważaj na siebie – odparł i ucałował mnie w policzek. Szybko pokierował się do Caluma i odjechali. Lekko zdezorientowana wsiadłam do samochodu i po chwili też odjechaliśmy. Lou puścił U2. Jak zwykle zaczął śpiewać i wygłupiać się.
- Rodzice będą mieli niespodziankę. Ciągle mnie o ciebie wypytują. A Crystal? Ona potrafi ze mną taki wywiad przeprowadzić, że załamać się można.
- Wiesz, widziałyśmy się ostatnio miesiąc przed moim wjazdem do państwa Irwin. I tak cud, że pozwalali jej się w ogóle ze mną spotykać – odparłam patrząc przez okno. Tyle czasu nie widziałam tych osób. Nie mogę uwierzyć, że niedługo ich spotkam.
Całą drogę rozmawialiśmy. Louis zaprosił mnie na jutrzejszy mecz. W końcu będę mogła zobaczyć jak gra. Lou specjalnie pojechał okrężną drogą abym mogła zobaczyć morze. Zapomniałam jak ono wygląda, przez ten czas. Nagle ujrzeliśmy duży znak z napisem „ Witamy w Sydney”.
- No to Rosie, witaj w domu – powiedział z uśmiechem Louis.

______________________________________________________________

Znowu czuję, że rozdział beznadziejny i krótki. Mam nadzieję, że przynajmniej jednej osobie będzie się podobał. Czekam również na szczere opinie i jeżeli macie jakieś zastrzeżenia, uwagi, cokolwiek to piszcie :) 
Dwie nowe postacie w zakładce "Bohaterowie", także zapraszam.
Czytasz = Komentujesz

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 12


Patrzyłam się na niego i czekałam aż zacznie coś mówić. Rozglądał się po pomieszczeniu. Był zestresowany. Cisza, jaka między nami panowała, sprawiała, że i ja zaczynałam się coraz bardziej stresować.
- Ashton – odparłam w końcu, a chłopak spojrzał na mnie z nadzieją w oczach.
- Muszę?
- Chcę to wiedzieć – odpowiedziałam.
- Ehh… Kiedyś, jakieś 3-4 lata temu, też byłem taki jak ty. To znaczy, też pytałem o podobne rzeczy pewną osobę. Nie chciała mi tego powiedzieć, dla mojego dobra. Jednak te wszystkie rzeczy, które wydarzyły się wtedy, to, że otarłem się kilka razy o śmierć przez moją niewiedzę, co do tej osoby, sprawiły, że musiałem w końcu wiedzieć bo się o siebie bałem. Tak samo jak ja teraz, ta osoba nie chciała mi tego powiedzieć, bo bała się, że nasze bardzo dobre relacje się popsują. W końcu, powiedział mi o wszystkim. O tym, że zabija, o tym, że oni chcą zabić jego, o tym, że on i jego kumpel, brat Caluma, siedzą w tym od kilku lat, o tym, że mają bossa, który nim steruje, mówi im kiedy, kogo i gdzie. Przeraziłem się, bałem się go przez ponad miesiąc. Potem przez Caluma sam w to wszedłem. Wiesz, dlaczego Cal jest taki zimny, niemiły? Jego brat został brutalnie zabity, a on chce zemsty. Jednak boss jemu tego zabrania. Przyjaciel jego brata, czyli ten który mi to powiedział, przejął „opiekę” nad nami, jednak on sam zginął 2 lata temu. Teraz my przejęliśmy wszystko po nich. Dołączyli potem do nas Luke i Michael, dlatego oni są najmniej oschli, niemili. Dzisiaj, ktoś się na mnie zaczaił i oberwałem. Ty teraz też możesz oberwać, bo wiesz.
Stałam jak sparaliżowana, słuchając tego co mówi. Nie mogłam po prostu uwierzyć. Wyobrażałam sobie różne rzeczy, ale takim czymś nie. Nie wiem czemu łzy zaczęły mi spływać po policzkach.
- I zapewne to nie jest wszystko na ten temat? – zapytałam i spojrzałam na niego swoimi szklanymi oczami. Widząc moją twarz, posmutniał. Podszedł do mnie i kiedy chciał otrzeć łzy z mojego policzka, odsunęłam się. Spuścił głowę i westchnął.
- Wiedziałem – szepnął – Wiedziałem, że tak będzie.
- Ashton, ja… – zaczęłam i jeszcze więcej łez zaczęło napływać mi do oczu – Ja muszę to przemyśleć. Ja… Ja przepraszam – odparłam i pobiegłam na górę. Skierowałam się do łazienki. Zamknęłam za sobą drzwi na zamek i opierając się o nie, zjechałam w dół. Zaczęłam jeszcze bardziej płakać. Ta cała sytuacja mnie przytłoczyła, a to może nie jest nawet połowa prawdy. Otarłam dłońmi policzki i postanowiłam wziąć prysznic. Zdjęłam ubrania i weszłam do kabiny. Odkręciłam letnią wodę. Czułam się lepiej, tak jakby z każdą kroplą spływającą po mnie, spływała jakaś malutka część moich problemów, myśli. Nie wiem ile czasu spędziłam pod prysznicem, straciłam poczucie czasu. Wyszłam z kabiny i otuliłam się ręcznikiem. Wytarłam ciało i ubrałam piżamę. Rozczesałam moje mokre włosy i spojrzałam w lustro. Zobaczyłam ostatnie, malutkie plamki po siniaku. Uśmiechnęłam się, gdyż nie musiałam go już więcej ukrywać. Wzięłam rzeczy i wróciłam do pokoju. Położyłam się pod kołdrą i starając się nie myśleć o dzisiejszej rozmowie, usnęłam.

***

Obudził mnie, jak zwykle, mój niezawodny budzik. Rozejrzałam się po pokoju. Słońce oświetlało nawet najmniejszy kąt w pokoju. Pierwszy raz od dawna chciało mi się wstać. Potem przypomniałam sobie o wczorajszym dniu. Sorry słońce, ale przegrałeś. Zanurzyłam twarz w poduszce i jęknęłam. Niestety musiałam wstać. Wyglądało to mniej więcej tak, że spadłam otulona kołdrą na podłogę. Kiedy się pozbierałam, wzięłam ciuchy i poszłam do łazienki. Szybko się naszykowałam i zeszłam na dół. Rozejrzałam się czy nie ma Ashtona i weszłam do kuchni. Zrobiłam sobie na szybko kanapkę i wyszłam z domu. Miałam jeszcze sporo czasu, ale nie chciałam spotkać się z Ash’em. Cały czas nie wiem co o tym myśleć. Jednak sama się o to prosiłam. Doszłam do szkoły i usiadłam na murku, czekając na Lucy. Dziewczyna przyszła po 10 minutach i jak zawsze przywitała mnie z uśmiechem. Ja wymusiłam lekki w odpowiedzi.
- Rosie, co jest? – zapytała, wszystko widząca przyjaciółka.
- Nic, ja po prostu…
- Ashton?
- Tak – odpowiedziałam.
- Co się stało? Zrobił ci coś?
- Nie, po prostu powiedział mi prawdę – odparłam i przeczesałam dłonią włosy.
- Aż tak źle?
- Nie teraz Lucy, proszę – powiedziałam, a przyjaciółka mnie przytuliła. Ruszyłyśmy razem do klasy.

***

Usiadłam sama na murku. Lucy poszła kłócić się z nauczycielem od fizyki o ocenę. Wyjęłam telefon i zaczęłam przeglądać facebooka. Louis dodał zdjęcia z treningu. Wyglądał naprawdę świetnie. Kochałam oglądać jak gra. Pamiętam, jak każdego pierwszego gola, którego strzelił w meczu dedykował mi. To było naprawdę słodkie. Uśmiechnęłam się na myśl o tym i skomentowałam, że nie mogę doczekać się kiedy znowu zobaczę go w akcji. Nagle ktoś zasłonił mi słońce. Podniosłam głowę i ujrzałam Luke’a.
- Hej Rosie, mogę się przysiąść? – zapytał blondyn.
- Tak – odparłam cicho. Tak naprawdę nie chciałam tego, nie chciałam z żadnym z nich o tym gadać.
- Może przejdę do rzeczy… – zaczął.
- Luke, nie chcę o tym gadać.
- Rozumiem, że ta prawda boli. My ci nic nie zrobimy, on nic ci nie zrobi – powiedział blondyn i dłonią gładził moje ramię.
- Jednak ktoś inny może mi przez to coś zrobić – odparłam i spojrzałam na chłopaka.
- Nie dopuszczę do tego! Ashton również. Zrobimy wszystko, żebyś była bezpieczna. Bynajmniej ja i Ash, gdyż nie wiem, jak z pozostałymi idiotami.
- Luke, ja muszę to przemyśleć, to nie jest łatwe. Po za tym, nie tylko ja mogę oberwać, ale i moi przyjaciele – westchnęłam.
- Posłuchaj, nie wiedzieliśmy, że ten cały Louis jest twoim kumplem wtedy. Sam się pchał, aby bronić tego całego idiotę, Briana – mówił Luke. Otworzyłam szerzej oczy, a moje usta uformowały literkę o. To o nich mówił wtedy Louis. To oni… Ale Louis ich nie rozpoznał. O co tu do cholery chodzi?! Łzy zaczęły mi napływać do oczu. Oni mogli mu coś zrobić. Jedynej osobie, która przypomina mi dom. Jedynej osobie, która jest mi tak bliska.
- Rosie? Co jest? – zapytał Luke – O cholera. Ashton ci o tym nie wspominał. Rosie, ja naprawdę nie… - zaczął, ale nie usłyszałam więcej, gdyż wstałam i wybiegłam z terenu szkoły. Biegłam przed siebie, nie patrzyłam nawet na ludzi czy ich potrąciłam. Chciałam być jak najdalej od nich, od tego miejsca. Wbiegłam do lasu. Nagle zaczepiłam torebką o gałąź. Nic nie widziałam przez łzy, więc po prostu szarpałam do póki nie odczepiłam jej. Biegłam dalej. W końcu zmęczona oparłam się o drzewo i zapłakana zjechałam na dół. Ta prawda, to wszystko było dla mnie zbyt ciężkie. Ostatni raz tak się zachowywałam kiedy moi rodzice umarli. Potem miałam problemy, byłam pod stałą opieką psychologa, psychiatry. Przez długi czas brałam tabletki uspokajające. Potem wszystko było okey. Czy teraz znowu to wraca? Nie miałam już siły. Położyłam się na ziemi i nie pamiętam kiedy zamknęłam oczy.

________________________________________________________

Bardzo przepraszam, że tyle rozdziału nie dodawałam. Brak weny i motywacji. Mam nadzieję, że ktokolwiek jeszcze będzie chciał to czytać. 
Czytasz = Komentujesz

czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział 11


Poprawiłam nerwowo włosy i przełknęłam ślinę. Stał oddalony ode mnie o może metr, jednak nadal za blisko.
- Czego chcesz? – zapytałam, starając się być pewna siebie. I nie, nie wychodziło to mi dobrze.
- Tylko porozmawiać, nie bój się – odparł, próbując mnie uspokoić.
- No to proszę, mów.
- Słuchaj Rosie, między nami ostatnio nie jest najlepiej. Jest to przede wszystkim moja wina. Rodzice się martwią, a ludzie gadają. Także, przepraszam cię i czy możemy to wszystko naprawić? – powiedział. Zatkało mnie. To było naprawdę miłe i fajnie, że chce między nami dobrych relacji. Jednak po tym wszystkim co się miedzy nami wydarzyło, on chce być dla mnie dobrym bratem? Czy ktoś to będzie nagrywać?
- Odpowiesz coś Rosie? – zapytał.
- Sorry, ja po prostu… Zaskoczyłeś mnie i musiałam chwilę pomyśleć. Także… Fajnie, że chcesz to naprawić. Tylko zdajesz sobie sprawę, że nie będzie to łatwe.
- Wiem, ale lubię wyzwania – odparł uśmiechając się. No tak, Irwin i ten jego uśmiech. Czemu on musi się szczerzyć? Zawsze to mnie rozwesela, a on to nieświadomie wykorzystuje.
- Skoro już pogadaliśmy, mogę iść do pokoju? Muszę odrobić lekcje – powiedziałam.
- Oh, tak – odpowiedział i otworzył mi drzwi – I dzięki Rosie.
W odpowiedzi tylko się uśmiechnęłam i poszłam do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi i usiadłam przed biurkiem. Wyjęłam książki i zaczęłam odrabiać te cholerne lekcje. Nie szło mi za dobrze, gdyż moje myśli były pochłonięte rozmową z Ashton’em. Mam nadzieję, że nam się uda. Może dzięki temu przestanie mi się wydawać, że czuję do niego coś więcej. Moje przemyślenia przerwał sms od Louis’ego.

Jestem już w Sydney. Dziękuję za cudownie spędzony dzień. Kocham Cię mała ;)

Uśmiechnęłam się szeroko i odpisałam mu. Dziękuję Bogu za takiego przyjaciela. Chociaż teraz jeszcze bardziej nie będę mogła się skupić. Ehh, trudno. Spakowałam książki do torby i poszłam się umyć. Ubrana w szorty i rozciągniętą bluzkę mojego taty wyszłam z łazienki. Usłyszałam jak ktoś się kłóci na dole. Odłożyłam rzeczy do pokoju i zeszłam kilka schodków w dół. Rozpoznałam głos Ashtona. Drugą osobą był zielonowłosy kumpel mojego brata, gdyż usłyszałam krzyk Ash’a „Michael! Ty debilu”. Nie byłam pewna czy chcę tego słuchać. Dopiero co pogodziłam się z nim, a teraz ja mogę to rozwalić. Weszłam na górę i już miałam iść w kierunku swojego pokoju.
- Rosie? – usłyszałam głos z dołu. Odwróciłam się i zobaczyłam Ashtona stojącego pod schodami.
- Tak?- zapytałam niepewnie. Błagam, nie widziałeś mnie prawda? Zza niego wyłonił się Michael.
- Chodź do nas. Zaraz przyjedzie pizza – odparł zielonowłosy.
- Nie wiem. Nie jestem głodna – odpowiedziałam i znowu chciałam pójść do swojego pokoju.
- Jeden kawałek ci nie zaszkodzi – powiedział Michael idąc do kuchni – No chodź.
- No dobrze, a jaka ta pizza? – zapytałam schodząc na dół. Kiedy wyszłam z ciemności zauważyłam Ashton’a przyglądającego mi się. No tak… Gdybym wiedziała to założyłabym coś bardziej zakrywającego. Już na dole, podszedł do mnie powoli.
- Nie ułatwiasz mi tego – wyszeptał blisko mojej twarzy – Pepperoni Michael?
- Chyba tak – usłyszałam krzyk chłopaka z pomieszczenia obok. Udałam się do salonu i usiadłam na kanapie. Po chwili przyjechała pizza i zaczęliśmy jeść. Śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. Jak gdybyśmy byli paczką najlepszych przyjaciół. Przerażało mnie to trochę, jednak podobało mi się to.

*następny dzień*

Dzień rozpoczął się jak każdy inny. Wstałam, umyłam się, naszykowałam, poszłam do szkoły. Tam jak zwykle czekała na mnie ciemnowłosa wariatka z którą weszłam do budynku. Jak zwykle udałyśmy się do klasy i rozpoczęły się męki. Długą przerwę spędziłyśmy, tak jak zawsze, na murku na dziedzińcu szkoły.
- Czyli teraz jesteście najlepszym rodzeństwem i będziecie żyć długo i szczęśliwie? – zapytała Lucy.
- Taak i jeszcze odlecimy razem w stronę Nibylandii – odpowiedziałam przewracając oczami – Szczerzę to nie wierzę, że to się uda, ale warto próbować.
- Nadzieja umiera ostatnia – westchnęła brunetka – Ej spójrz! Michael nie ma już trawnika na łbie!
Spojrzałam w stronę wskazywaną przez Lucy i ujrzałam Calum’a i Michael’a. Nie miał już zielonych włosów ale białe. Szczerze mówiąc wyglądał o wiele lepiej.
- Szkoda, że sobie tęczy nie pierdolnął na ten łeb jeszcze – odparła Lucy, na co wybuchłam śmiechem.
- Przynajmniej się tak w oczy nie rzuca – powiedziałam przez śmiech.
- Masz racje, przynajmniej oczy nie bolą.

***

Na ostatnich lekcjach nie było Luke’a. Nie widziałam również pozostałych muszkieterów. Lucy pytała się mnie, czemu jeszcze nie zabawiłam się w Sherlocka i nie dowiedziałam się czegoś o nich. Ona wie tylko to co ludzie mówią. Ja wiem to co ona. Jednak ja nie chcę wiedzieć o nich zbyt dużo. Nie jest mi to do niczego potrzebne na razie. Nie czuję takiej potrzeby. Po za tym im mniej się wie, tym jest się spokojniejszym. Nawet nie wiem, czy Ashton by mi coś powiedział.
Po lekcjach jak zwykle wróciłam do domu. Nikogo nie było. Na stole leżała kartka od państwa rodziców, że wyjechali do Sydney w sprawach służbowych. Czyli znowu sami z Ashtonem. Ostatnio to się źle skończyło. Westchnęłam i odgrzałam kawałek wczorajszej pizzy. Usiadłam przed telewizorem i włączyłam na końcówkę Castle. Tym razem nikt mnie nie wystraszył. Wyłączyłam telewizor wraz z napisami końcowymi. Wyjęłam książki i zaczęłam uczyć się do jutrzejszego egzaminu. Po cholerę mi pierdyliard sposobów otrzymywania, spalania, czy co tam jeszcze Bóg wie, czegoś tam. Nie przyda mi się to w niczym. Może babie od chemii daje to pracę, ale mi i milionom uczniów utrudnia życie. Stwierdziłam, że lepiej będzie mi się tego gówna uczyć na dworze. Wzięłam książki i poszłam do ogrodu na ławkę. Piękno przestrzeni i zachodzące powoli słońce poprawiło mi humor od razu. Lekki wiatr sprawił, że mój umysł lepiej przyswajał informacje z tej głupiej książki. Może jednak tę tróję dostanę. Nie spostrzegłam się, a było już ciemno. Pojedyncze lampki oświetlały ogród, a panująca cisza relaksowała człowieka od razu. Wiatr był chłodniejszy, a ja miałam na sobie tylko krótkie spodenki, bluzkę na ramiączka i narzutkę. Wzięłam rzeczy i weszłam do środka. Spakowałam rozwalone na stoliku i kanapie książki i poszłam na górę. Miałam się iść umyć kiedy na dole usłyszałam trzaśnięcie drzwi. Wystraszyłam się. Powoli zeszłam na dół i kiedy miałam pełną widoczność na drzwi, ujrzałam zakrwawioną postać. Pisnęłam. Czułam się jak w jakimś horrorze i byłam pewna tego, że znowu mogę umrzeć. Ja to mam szczęście. Postać odwróciła się do mnie przodem.
- Rosie? – usłyszałam znajomy mi głos.
- Ashton? – zapytałam wystraszona.
- Pomóż mi – odparł cicho i oparty o ścianę zjechał na dół. Zbiegłam po schodach i zamarłam. Jego twarz była cała we krwi, miał w pewnych miejscach rozdartą koszulkę, oczywiście zakrwawioną. Myślałam, że zaraz zemdleję ale musiałam mu pomóc. Pobiegłam do łazienki po apteczkę i dużo papieru, wacików, czegokolwiek czym mogłam zetrzeć krew. Wróciłam do niego i uklękłam obok . Namoczyłam gazę w wodzie utlenionej i delikatnie zaczęłam myć jego twarz. Miał zamknięte oczy, ale co chwilę sykał z bólu. Kiedy po długim czasie jego twarz była w miarę czysta, nakleiłam plasterki na rany.
- Głowa gotowa – westchnęłam, a on otworzył oczy. Nasze twarze dzieliło zaledwie jakieś 30 centymetrów. Spojrzał na mnie swoimi orzechowymi oczami. Były lekko zaszklone, ale i tak piękne. Momentalnie otrząsnęłam się i oddaliłam. Słyszałam westchnięcie chłopaka.
- Dzięki. Z resztą powinienem sobie poradzić – odparł próbując wstać. Średnio mu to wychodziło, ale dał sobie rade. Powoli udał się do łazienki. Stałam w jednym miejscu próbując dojść do siebie. Co mu się stało? Kto mu to zrobił? Czemu? Wiele się wydarzyło, na co dawno powinnam reagować. Powinnam już dawno posłuchać Lucy i dowiedzieć się o co chodzi. Z każdym dniem mam coraz więcej zagadek. Najpierw ta opinia, potem ten facet w domu szukający Ashton’a, a teraz to. To jest nienormalne.
Wzięłam apteczkę i ruszyłam w stronę łazienki. Drzwi były uchylone. Otwarłam je i zobaczyłam stojącego Ashton’a bez koszulki, próbującego zrobić coś z ranami na rękach i torsie. Zapukałam w drzwi, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Po chwili spojrzał na mnie.
- Przyniosłam apteczkę – odparłam cicho i odłożyłam pojemnik na blat.
- No tak… - powiedział równie cicho jak ja – Mogłabyś mi jeszcze pomóc?
- Um tak – westchnęłam – Tylko boję się, że zrobi mi się słabo i…
- Nie martw się. Złapie cię – przerwał mi uśmiechając się. Przewróciłam oczami i podeszłam do niego. Wzięłam znowu gazę, wodę utlenioną i zaczęłam przecierać rany. Czułam się dziwnie spięta. Może dlatego, że gładzę tors mojego brata? Że między nami jest coś? Taa, może dlatego…
- Nie myślałaś o byciu pielęgniarką lub panią doktor? – zapytał po chwili.
- Nie. Przeraża mnie krew, dużo krwi…
- Ale teraz dajesz sobie radę – odparł i poczułam jak jedną ręką gładzi moje plecy.
- Ashton – powiedziałam, a chłopak momentalnie wziął rękę.
- Przepraszam.
- Spoko. Wiedziałam, że długo nie wytrzymasz – odparłam uśmiechając lekko.
- Co?
- Nic. Podasz plasterek? – zapytałam uśmiechając się cały czas.
- Rosie, masz jeszcze mi coś do powiedzenia? – zapytał podając mi plasterki.
- Tak, dziękuję – odpowiedziałam zaklejając rany. Chłopak westchnął głośno i uśmiechnął się szeroko.
- Jesteś dla mnie zagadką, wiesz?
- Ty dla mnie również Ashton – odparłam wychodząc z łazienki. Poszłam do kuchni. Wyjęłam sok z lodówki i nalałam do szklanki.
- Jeszcze raz dziękuję ci za pomoc Rosie – usłyszałam za sobą.
- Nie ma za co – odpowiedziałam i napiłam się soku.
- Jestem twoim dłużnikiem – odparł i usiadł na kanapie.
- Ashton, mam pytanie – zaczęłam, a on spojrzał się na mnie – Możesz mi wytłumaczyć co tu się dzieje? Chodzi mi o waszą reputacje, o to co stało się ostatnio z tym facetem i o to co dzisiaj.
Widziałam jak chłopak momentalnie spoważniał. Wstał i powoli ruszył w moją stronę.
- Nie chcesz wiedzieć, a ja nie chce ci tego mówić – odparł.
- Właśnie w końcu chce się dowiedzieć – powiedziałam stanowczo, a on stanął naprzeciwko mnie.
- Nie chcę żebyś poznawała mnie od tej strony.
- Może w końcu powinnam? – zapytałam patrząc się na niego.
- Proszę cię, Rosie – westchnął i przejechał dłonią po moim policzku. Spuściłam głowę na dół i cofnęłam się o krok.
- Ashton, chcę wiedzieć. Ja dłużej tak nie mogę – odparłam cicho. Chłopak przeczesał ręką włosy i rozejrzał się po pokoju. Jakby szukał odpowiednich słów.
- Będziesz żałować.
- Trudno – westchnęłam.
- Obiecaj mi, że to nie zmieni naszych relacji na gorsze – powiedział z nadzieją w oczach.
- Dobrze.
- No to… Ja… My… - zaczął rozglądając się nerwowo po pokoju - …


______________________________________________________________

Jeżeli macie jakieś uwagi, propozycje, przemyślenia na temat tego fanfiction piszcie w komentarzach lub na twitterze dodając do tweeta #warningff :)

Czytasz = Komentujesz

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Rozdział 10


*tydzień później*

Kolejny zwykły dzień, w którym nic się ciekawego nie wydarzy. Czuję się jak zaprogramowany robot, który działa według określonych punktów : wstać, iść do szkoły, przeżyć, unikać Ashtona. Ostatni element wychodzi mi chyba najgorzej, gdyż jak można nie spotkać się w ciągu dnia z osobą, z którą mieszkasz i chodzisz do szkoły. A czemu to robię? Między nami coś jest, nie wiem co to za uczucie ale na pewno w naszej sytuacji nie powinno ono się pojawić. Nie mogę kochać swojego brata, ani on swojej siostry w inny sposób niż jak rodzeństwo powinno. To znaczy, nie kocham go, ale boję się, że gdybyśmy posunęli się za daleko, co przy zdolnościach Ashtona jest bardzo prawdopodobne, mogłoby to nastąpić. Zawsze kiedy na niego wpadnę przypadkowo, lub minę go szybko, słyszę „ I tak będziesz musiała ze mną pogadać”. Luke nie wie co między nami na kolacji się wydarzyło, a i tak wypytuje mnie co się stało. Wczoraj przyznał mi się, że Ash go o to prosi, ale sam również jest tego ciekawy. Kiedy na nich patrzę, jak są we czwórkę, wydaje mi się, że tylko Michael wie o tym co się stało. Lucy mówi, że to wszystko, ta cała sytuacja jest dziwna. Jednak jako jedyna o tym wie, wspiera mnie i doradza.

Ostatnia lekcja dobiegała końca. Pani od biologii kończyła podawać pracę domową, której i tak pewnie nikt nie zrobi. Nagle ktoś wrzucił karteczkę na moją ławkę. Otworzyłam ją i przeczytałam.

On mnie za to zabije, ale widzę, że między wami nadal nie jest dobrze. Ashton będzie na ciebie czekał przed szkołą. Powodzenia ;) L.

Spojrzałam się na Luke’a, a ten tylko pokiwał mi głową. Nie, tylko nie to. Nie chcę się z nim spotkać, ani rozmawiać. Czemu w tej cholernej szkole nie ma drugiego wyjścia? Przynajmniej wiem co mnie czeka. Można liczyć na Luke’a. Po chwili zadzwonił dzwonek i wszyscy ruszyli w stronę wyjścia. Oczywiście szłam z Lucy i wszystko jej powiedziałam. Wkurzyła się trochę i powiedziała, że nie damy mu za wygraną. Wyszłyśmy z budynku. Tak jak Luke powiedział czekał tam już Ashton oparty o swój samochód. Złapałam Lucy za rękę i zaczęłam się rozglądać wkoło. Zauważyłam bruneta w okularach. Stał również oparty o swój samochód kilka metrów od Ash’a. Wyglądał mi znajomo, jednak nie mogłam go sobie przypomnieć. Chyba się na mnie patrzył jednak nie byłam pewna. Wyjął swój telefon i przyłożył do ucha. Nagle usłyszałam dzwonek mojego. Szybko wyjęłam i odebrałam.
- Halo? – zapytałam.
- Witaj Rosie, pięknie dzisiaj wyglądasz – usłyszałam głos najlepszego przyjaciela. Spojrzałam jeszcze raz na chłopaka w okularach. Również mi się przyglądał.
- Będziesz tak tam stać czy podejdziesz do mnie – odparł przyjaciel i chłopak przy aucie zdjął okulary. Nie możliwe. To on. Uśmiechnęłam się szeroko i rozłączyłam się. Zaczęłam biec w jego kierunku. Minęłam zdezorientowanego Ashton’a i po chwili wtuliłam się w Louis’ego.
- Tęskniłam za tobą – odparłam cały czas przytulona w przyjaciela.
- Ja za tobą też mała – odpowiedział chłopak. Odsunęłam się od niego i dopiero wtedy zobaczyłam jak bardzo się zmienił. Z pewnością mogę powiedzieć, że na lepsze. Miał dłuższe, rozczochrane włosy i lekki zarost. Wyglądał świetnie.
- Wiem, wyglądam zajebiście, nie musisz mi mówić – zaśmiał się zauważając, że mu się przyglądam – Porozmawiajmy o tobie. Widać jak wydoroślałaś. I te piękne blond włosy, cudowne niebieskie oczy…
- Weź nie przesadzaj – odparłam.
- No co? Już nie mogę komplementować mojej narzeczonej?
Zaśmiałam się i po chwili ktoś postukał mnie w ramię. No tak, zapomniałam o Lucy…
- Louis, to jest moja przyjaciółka Lucy – przedstawiłam mu ją. Kiedy wymieniali między sobą zdania, zauważyłam jak czterej muszkieterowie z zaciekawieniem nam się przyglądają. Odwróciłam wzrok i przyłączyłam się do rozmowy.
- Przepraszam cie Lucy, ale nie widziałem się z Rosie ponad rok i chcę z nią spędzić trochę czasu. Także tego… Ja ją porywam, a ty się nie gniewaj – odparł Louis na co brunetka się zaśmiała. Pożegnała się z nami i ruszyła w stronę domu. Wraz z przyjacielem wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do kawiarni.

Ashton

Usłyszałem dzwonek i zobaczyłem jak tabun ludzi wylewa się przez drzwi. Stałem przed szkołą oparty o samochód i czekałem na Rosie. Tym razem będzie musiała ze mną porozmawiać. Rozumiem, że może się na mnie gniewać i być w szoku, ale gdyby mnie nie prowokowała to sprawy potoczyłyby się inaczej. Tak czy inaczej spieprzyłeś to stary. Zauważyłem kumpli stojących niedaleko. Oni chyba nie zrozumieli do końca, że chcę abyśmy byli sami, bez widzów. Po chwili przez drzwi wyszła Rosie z Lucy. Czemu one zawsze muszą chodzić wszędzie razem? Zapewne powiedziała jej wszystko, jak to dziewczyny. Znając charakterek Lucy mogę stwierdzić, że nie pozwoli mi z nią pogadać. Rosie najwidoczniej mnie zauważyła, gdyż stanęły z brunetką z boku schodów. Świetnie… Chwilę potem odebrała telefon. Przez moment wyglądała na zdezorientowaną i przyglądała się komuś. Nagle zaczęła biec w moją stronę, przynajmniej tak mi się wydawało. Kiedy była blisko skręciła w prawo i przytuliła się do jakiegoś gościa. Stałem z szeroko otwartymi oczami, a po chwili dołączyli do mnie moi kumple z taką samą reakcją. Kto to do cholery jest? Czemu ona jest w niego wtulona? Po chwili odsunęła się od niego i zaczęli rozmawiać śmiejąc się. Nie no… Po prostu świetnie! Czułem się jakby ktoś przywalił mi z całej siły w twarz. A może to był Calum? Nie, jednak chyba Rosie. Ona i ten jej kochaś. Może jednak to był Calum. Mówił mi, żebym uważał, nie przywiązywał się. Jednak prawdopodobnie zadłużyłem się w swojej siostrze. Czemu teraz to do mnie dotarło? Widząc ją w ramionach innego faceta chciałem go zabić. Cholera Ashton, nie możesz kochać swojej siostry! To nienormalne! Tym bardziej, że ona ciebie nie chce. Chyba…
- Nie mówiłeś, że Rosie ma chłopaka – odparł Michael.
- Bo mówiła, że nie ma – odpowiedziałem chłodno – Może to ten jej przyjaciel. Jak on tam miał… Louis.
- No tak, wspominała mi o nim. Najlepszy przyjaciel odkąd są mali. Nie gadałeś z nią o tym? – zapytał Luke, za co próbowałem zabić go wzrokiem – No co? Tylko się pytam. Ale stary, musisz przyznać, że on to musi mieć dużo kasy. Zobacz czym on jeździ.
Spojrzałem od niechcenia w ich stronę, gdzie była już nawet Lucy. Przyjrzałem się jego pojazdowi. Jaguar. Stwierdzam, że pewnie rodzice mu kupili, ale auto niezłe. Zobaczyłem jak rozstają się z Lucy i wsiadają do samochodu. Jedźcie w cholerę, przynajmniej nie będę musiał na was patrzeć.
- Wydaje mi się, że skądś go znam, ale wielu idiotów spotkałem już na mojej drodze – odparł Calum przyglądając się mu – Nie ważne, ja jestem głodny. Pizza?
- Zawsze – odpowiedział Michael i wsiedliśmy do auta.

Rosie
- Wygraliśmy ostatnio trzy mecze i mamy pewne pierwsze miejsce w grupie. Staram się grać jak najlepiej, bo chcą mnie wziąć do profesjonalnego klubu. Jednak ostatnio stwierdzili, że ja i taki Brian byliśmy za dużo razy na komisariacie i mogą nas nie przyjąć. Trochę przesadzają. Od dwóch miesięcy nie miałem kontaktu z policją. Nawet komendant pytał się rodziców czy u mnie wszystko w porządku, bo dawno mnie nie widział. Ale te dwa miesiące temu to było ostro. Jacyś kolesie przyjechali zza miasta. Niby, że Brian im podpadł. Nie wiem ilu ich było, czterech może pięciu. Tak czy tak, pięć na jednego? Przyłączyłem się w obronie kumpla.
- Ale nic ci się nie stało? – zapytałam chłopaka, chcąc słuchać dalej.
- Powiem tak, nikt nie wyszedł z tego bez szwanku. Miałem kilka siniaków i rozwalony łuk brwiowy. Oni zdążyli uciec, a my skończyliśmy na dołku. Gdybym ich spotkał jeszcze raz to bym ich rozpierdolił. To co oni mu zarzucali i zrobili było przesadą – odparł upijając łyk kawy.
- Mogę wiedzieć co?
- Lepiej nie, po co mam cie martwić. Po za tym, Brian mówił, że szukali go ostatnio. Rozwalili mu drzwi od domu i pokój. Goście są nienormalni.
- Całe szczęście, że nic wam nie jest. A co tam u moich teściów? – zapytałam śmiejąc się.
- Dobrze. Firma naszych rodziców się rozwija. To znaczy już tylko mojego ojca, ale twojego taty nazwisko cały czas tam jest. Miałem ci coś powiedzieć – zaczął Louis – Kiedy trafiłaś do domu dziecka moi rodzice chcieli cię adoptować, ale ktoś był szybszy. Tylko to było miesiąc po twoim trafieniu, a adoptowana zostałaś po roku. Nie rozumiem tego za bardzo. Tak jakby ktoś nie chciał, abyś trafiła do innych ludzi niż oni. Czy twoi nowi rodzice na pewno są normalni?
- Tak mi się wydaje - zaczęłam śmiejąc się – Ale to co mówisz jest bardzo dziwne. Może ktoś po prostu chciał mnie adoptować ale się rozmyślił? Nie wiem.
Chłopak tylko przytaknął i zaczęliśmy jeść kawałek pysznie wyglądającego sernika. Naprawdę był dobry.
- A jak twój brat? Miałaś z nim ostatnio jakieś problemy.
- Nadal mam, ale muszę sama sobie z tym poradzić – odpowiedziałam i wzięłam kolejny kawałek ciasta do buzi.
- Wiesz, że możesz zawsze do mnie zadzwonić i ja przybędę w mgnieniu oka. Po za tym chciałbym go poznać – odparł na co ja się zakrztusiłam. Co? Nie! Nie możesz go poznać! Wtedy będę musiała z nim rozmawiać i ugh… Louis, nawet o tym nie myśl!
- Zły pomysł? – zapytał brunet. A żebyś wiedział jak bardzo.
- Nie uważam tego za konieczną czynność.
- Rosie, po prostu powiedz mi, że nie chcesz – zaczął chłopak – Nie wiem jakie są między wami stosunki, ale z tego co widzę za wesoło nie jest. Może wyjdę na idiotę, ale radziłbym ci uważać na chłopaków z tej okolicy. Jest grupa niebezpiecznych typów, a ja nie chcę żeby ci się coś stało. Nie wiem jaki jest twój brat ale skądś kojarzę nazwisko Irwin i nie są to raczej dobre wspomnienia.
- Nie martw się. Poradzę sobie – odparłam próbując sprawić chociaż na chwilę uśmiech na jego twarzy.
- Wiem. Tak czy tak, troszczę się o moją narzeczoną, co chyba normalne – zaśmiał się.

***

- Będę tęsknił mała – odparł Louis przytulając mnie mocno. Staliśmy przed moim domem i żegnaliśmy się.
- Ja za tobą też – odpowiedziałam smutno.
- Przyjadę niedługo i zabiorę cię gdzieś – powiedział z uśmiechem odsuwając się lekko ode mnie – Obiecuje.
- Cieszę się. Lubię twoje niespodzianki – zaśmiałam się. Przytulił mnie jeszcze raz i ucałował w policzek.
- Nara piękna – szepnął mi do ucha, na co się zaśmiałam. Wsiadł do samochodu i odjechał. Zrobiło mi się trochę smutno, ale to Louis Tomlinson – on zawsze wraca. Weszłam do domu i udałam się na górę.
- Możemy pogadać – usłyszałam za sobą dobrze znany mi głos.
- Nie teraz Ashton – odparłam i już chciałam wejść do swojego pokoju, kiedy złapał mnie za rękę i zaprowadził szybko do jego sypialni. Zamknął drzwi i spojrzał na mnie. Oczywiście byłam wściekła, gdyż tak cudowny dzień skończy się okropnie. Po za tym nie chciałam z nim rozmawiać.
- Teraz mi nie uciekniesz – powiedział przybliżając się do mnie o kilka kroków. Oh nie…


____________________________________________________________

Jak wam sie podoba? Liczę na szczere opinie :)
Cały czas poszukuje nowych czytelników. Będę wdzięczna za każdą pomoc. 

Możecie pisać swoje wrażenia również na tt dodając do tweetów #warningff


Czytasz = Komentujesz