czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział 11


Poprawiłam nerwowo włosy i przełknęłam ślinę. Stał oddalony ode mnie o może metr, jednak nadal za blisko.
- Czego chcesz? – zapytałam, starając się być pewna siebie. I nie, nie wychodziło to mi dobrze.
- Tylko porozmawiać, nie bój się – odparł, próbując mnie uspokoić.
- No to proszę, mów.
- Słuchaj Rosie, między nami ostatnio nie jest najlepiej. Jest to przede wszystkim moja wina. Rodzice się martwią, a ludzie gadają. Także, przepraszam cię i czy możemy to wszystko naprawić? – powiedział. Zatkało mnie. To było naprawdę miłe i fajnie, że chce między nami dobrych relacji. Jednak po tym wszystkim co się miedzy nami wydarzyło, on chce być dla mnie dobrym bratem? Czy ktoś to będzie nagrywać?
- Odpowiesz coś Rosie? – zapytał.
- Sorry, ja po prostu… Zaskoczyłeś mnie i musiałam chwilę pomyśleć. Także… Fajnie, że chcesz to naprawić. Tylko zdajesz sobie sprawę, że nie będzie to łatwe.
- Wiem, ale lubię wyzwania – odparł uśmiechając się. No tak, Irwin i ten jego uśmiech. Czemu on musi się szczerzyć? Zawsze to mnie rozwesela, a on to nieświadomie wykorzystuje.
- Skoro już pogadaliśmy, mogę iść do pokoju? Muszę odrobić lekcje – powiedziałam.
- Oh, tak – odpowiedział i otworzył mi drzwi – I dzięki Rosie.
W odpowiedzi tylko się uśmiechnęłam i poszłam do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi i usiadłam przed biurkiem. Wyjęłam książki i zaczęłam odrabiać te cholerne lekcje. Nie szło mi za dobrze, gdyż moje myśli były pochłonięte rozmową z Ashton’em. Mam nadzieję, że nam się uda. Może dzięki temu przestanie mi się wydawać, że czuję do niego coś więcej. Moje przemyślenia przerwał sms od Louis’ego.

Jestem już w Sydney. Dziękuję za cudownie spędzony dzień. Kocham Cię mała ;)

Uśmiechnęłam się szeroko i odpisałam mu. Dziękuję Bogu za takiego przyjaciela. Chociaż teraz jeszcze bardziej nie będę mogła się skupić. Ehh, trudno. Spakowałam książki do torby i poszłam się umyć. Ubrana w szorty i rozciągniętą bluzkę mojego taty wyszłam z łazienki. Usłyszałam jak ktoś się kłóci na dole. Odłożyłam rzeczy do pokoju i zeszłam kilka schodków w dół. Rozpoznałam głos Ashtona. Drugą osobą był zielonowłosy kumpel mojego brata, gdyż usłyszałam krzyk Ash’a „Michael! Ty debilu”. Nie byłam pewna czy chcę tego słuchać. Dopiero co pogodziłam się z nim, a teraz ja mogę to rozwalić. Weszłam na górę i już miałam iść w kierunku swojego pokoju.
- Rosie? – usłyszałam głos z dołu. Odwróciłam się i zobaczyłam Ashtona stojącego pod schodami.
- Tak?- zapytałam niepewnie. Błagam, nie widziałeś mnie prawda? Zza niego wyłonił się Michael.
- Chodź do nas. Zaraz przyjedzie pizza – odparł zielonowłosy.
- Nie wiem. Nie jestem głodna – odpowiedziałam i znowu chciałam pójść do swojego pokoju.
- Jeden kawałek ci nie zaszkodzi – powiedział Michael idąc do kuchni – No chodź.
- No dobrze, a jaka ta pizza? – zapytałam schodząc na dół. Kiedy wyszłam z ciemności zauważyłam Ashton’a przyglądającego mi się. No tak… Gdybym wiedziała to założyłabym coś bardziej zakrywającego. Już na dole, podszedł do mnie powoli.
- Nie ułatwiasz mi tego – wyszeptał blisko mojej twarzy – Pepperoni Michael?
- Chyba tak – usłyszałam krzyk chłopaka z pomieszczenia obok. Udałam się do salonu i usiadłam na kanapie. Po chwili przyjechała pizza i zaczęliśmy jeść. Śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. Jak gdybyśmy byli paczką najlepszych przyjaciół. Przerażało mnie to trochę, jednak podobało mi się to.

*następny dzień*

Dzień rozpoczął się jak każdy inny. Wstałam, umyłam się, naszykowałam, poszłam do szkoły. Tam jak zwykle czekała na mnie ciemnowłosa wariatka z którą weszłam do budynku. Jak zwykle udałyśmy się do klasy i rozpoczęły się męki. Długą przerwę spędziłyśmy, tak jak zawsze, na murku na dziedzińcu szkoły.
- Czyli teraz jesteście najlepszym rodzeństwem i będziecie żyć długo i szczęśliwie? – zapytała Lucy.
- Taak i jeszcze odlecimy razem w stronę Nibylandii – odpowiedziałam przewracając oczami – Szczerzę to nie wierzę, że to się uda, ale warto próbować.
- Nadzieja umiera ostatnia – westchnęła brunetka – Ej spójrz! Michael nie ma już trawnika na łbie!
Spojrzałam w stronę wskazywaną przez Lucy i ujrzałam Calum’a i Michael’a. Nie miał już zielonych włosów ale białe. Szczerze mówiąc wyglądał o wiele lepiej.
- Szkoda, że sobie tęczy nie pierdolnął na ten łeb jeszcze – odparła Lucy, na co wybuchłam śmiechem.
- Przynajmniej się tak w oczy nie rzuca – powiedziałam przez śmiech.
- Masz racje, przynajmniej oczy nie bolą.

***

Na ostatnich lekcjach nie było Luke’a. Nie widziałam również pozostałych muszkieterów. Lucy pytała się mnie, czemu jeszcze nie zabawiłam się w Sherlocka i nie dowiedziałam się czegoś o nich. Ona wie tylko to co ludzie mówią. Ja wiem to co ona. Jednak ja nie chcę wiedzieć o nich zbyt dużo. Nie jest mi to do niczego potrzebne na razie. Nie czuję takiej potrzeby. Po za tym im mniej się wie, tym jest się spokojniejszym. Nawet nie wiem, czy Ashton by mi coś powiedział.
Po lekcjach jak zwykle wróciłam do domu. Nikogo nie było. Na stole leżała kartka od państwa rodziców, że wyjechali do Sydney w sprawach służbowych. Czyli znowu sami z Ashtonem. Ostatnio to się źle skończyło. Westchnęłam i odgrzałam kawałek wczorajszej pizzy. Usiadłam przed telewizorem i włączyłam na końcówkę Castle. Tym razem nikt mnie nie wystraszył. Wyłączyłam telewizor wraz z napisami końcowymi. Wyjęłam książki i zaczęłam uczyć się do jutrzejszego egzaminu. Po cholerę mi pierdyliard sposobów otrzymywania, spalania, czy co tam jeszcze Bóg wie, czegoś tam. Nie przyda mi się to w niczym. Może babie od chemii daje to pracę, ale mi i milionom uczniów utrudnia życie. Stwierdziłam, że lepiej będzie mi się tego gówna uczyć na dworze. Wzięłam książki i poszłam do ogrodu na ławkę. Piękno przestrzeni i zachodzące powoli słońce poprawiło mi humor od razu. Lekki wiatr sprawił, że mój umysł lepiej przyswajał informacje z tej głupiej książki. Może jednak tę tróję dostanę. Nie spostrzegłam się, a było już ciemno. Pojedyncze lampki oświetlały ogród, a panująca cisza relaksowała człowieka od razu. Wiatr był chłodniejszy, a ja miałam na sobie tylko krótkie spodenki, bluzkę na ramiączka i narzutkę. Wzięłam rzeczy i weszłam do środka. Spakowałam rozwalone na stoliku i kanapie książki i poszłam na górę. Miałam się iść umyć kiedy na dole usłyszałam trzaśnięcie drzwi. Wystraszyłam się. Powoli zeszłam na dół i kiedy miałam pełną widoczność na drzwi, ujrzałam zakrwawioną postać. Pisnęłam. Czułam się jak w jakimś horrorze i byłam pewna tego, że znowu mogę umrzeć. Ja to mam szczęście. Postać odwróciła się do mnie przodem.
- Rosie? – usłyszałam znajomy mi głos.
- Ashton? – zapytałam wystraszona.
- Pomóż mi – odparł cicho i oparty o ścianę zjechał na dół. Zbiegłam po schodach i zamarłam. Jego twarz była cała we krwi, miał w pewnych miejscach rozdartą koszulkę, oczywiście zakrwawioną. Myślałam, że zaraz zemdleję ale musiałam mu pomóc. Pobiegłam do łazienki po apteczkę i dużo papieru, wacików, czegokolwiek czym mogłam zetrzeć krew. Wróciłam do niego i uklękłam obok . Namoczyłam gazę w wodzie utlenionej i delikatnie zaczęłam myć jego twarz. Miał zamknięte oczy, ale co chwilę sykał z bólu. Kiedy po długim czasie jego twarz była w miarę czysta, nakleiłam plasterki na rany.
- Głowa gotowa – westchnęłam, a on otworzył oczy. Nasze twarze dzieliło zaledwie jakieś 30 centymetrów. Spojrzał na mnie swoimi orzechowymi oczami. Były lekko zaszklone, ale i tak piękne. Momentalnie otrząsnęłam się i oddaliłam. Słyszałam westchnięcie chłopaka.
- Dzięki. Z resztą powinienem sobie poradzić – odparł próbując wstać. Średnio mu to wychodziło, ale dał sobie rade. Powoli udał się do łazienki. Stałam w jednym miejscu próbując dojść do siebie. Co mu się stało? Kto mu to zrobił? Czemu? Wiele się wydarzyło, na co dawno powinnam reagować. Powinnam już dawno posłuchać Lucy i dowiedzieć się o co chodzi. Z każdym dniem mam coraz więcej zagadek. Najpierw ta opinia, potem ten facet w domu szukający Ashton’a, a teraz to. To jest nienormalne.
Wzięłam apteczkę i ruszyłam w stronę łazienki. Drzwi były uchylone. Otwarłam je i zobaczyłam stojącego Ashton’a bez koszulki, próbującego zrobić coś z ranami na rękach i torsie. Zapukałam w drzwi, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Po chwili spojrzał na mnie.
- Przyniosłam apteczkę – odparłam cicho i odłożyłam pojemnik na blat.
- No tak… - powiedział równie cicho jak ja – Mogłabyś mi jeszcze pomóc?
- Um tak – westchnęłam – Tylko boję się, że zrobi mi się słabo i…
- Nie martw się. Złapie cię – przerwał mi uśmiechając się. Przewróciłam oczami i podeszłam do niego. Wzięłam znowu gazę, wodę utlenioną i zaczęłam przecierać rany. Czułam się dziwnie spięta. Może dlatego, że gładzę tors mojego brata? Że między nami jest coś? Taa, może dlatego…
- Nie myślałaś o byciu pielęgniarką lub panią doktor? – zapytał po chwili.
- Nie. Przeraża mnie krew, dużo krwi…
- Ale teraz dajesz sobie radę – odparł i poczułam jak jedną ręką gładzi moje plecy.
- Ashton – powiedziałam, a chłopak momentalnie wziął rękę.
- Przepraszam.
- Spoko. Wiedziałam, że długo nie wytrzymasz – odparłam uśmiechając lekko.
- Co?
- Nic. Podasz plasterek? – zapytałam uśmiechając się cały czas.
- Rosie, masz jeszcze mi coś do powiedzenia? – zapytał podając mi plasterki.
- Tak, dziękuję – odpowiedziałam zaklejając rany. Chłopak westchnął głośno i uśmiechnął się szeroko.
- Jesteś dla mnie zagadką, wiesz?
- Ty dla mnie również Ashton – odparłam wychodząc z łazienki. Poszłam do kuchni. Wyjęłam sok z lodówki i nalałam do szklanki.
- Jeszcze raz dziękuję ci za pomoc Rosie – usłyszałam za sobą.
- Nie ma za co – odpowiedziałam i napiłam się soku.
- Jestem twoim dłużnikiem – odparł i usiadł na kanapie.
- Ashton, mam pytanie – zaczęłam, a on spojrzał się na mnie – Możesz mi wytłumaczyć co tu się dzieje? Chodzi mi o waszą reputacje, o to co stało się ostatnio z tym facetem i o to co dzisiaj.
Widziałam jak chłopak momentalnie spoważniał. Wstał i powoli ruszył w moją stronę.
- Nie chcesz wiedzieć, a ja nie chce ci tego mówić – odparł.
- Właśnie w końcu chce się dowiedzieć – powiedziałam stanowczo, a on stanął naprzeciwko mnie.
- Nie chcę żebyś poznawała mnie od tej strony.
- Może w końcu powinnam? – zapytałam patrząc się na niego.
- Proszę cię, Rosie – westchnął i przejechał dłonią po moim policzku. Spuściłam głowę na dół i cofnęłam się o krok.
- Ashton, chcę wiedzieć. Ja dłużej tak nie mogę – odparłam cicho. Chłopak przeczesał ręką włosy i rozejrzał się po pokoju. Jakby szukał odpowiednich słów.
- Będziesz żałować.
- Trudno – westchnęłam.
- Obiecaj mi, że to nie zmieni naszych relacji na gorsze – powiedział z nadzieją w oczach.
- Dobrze.
- No to… Ja… My… - zaczął rozglądając się nerwowo po pokoju - …


______________________________________________________________

Jeżeli macie jakieś uwagi, propozycje, przemyślenia na temat tego fanfiction piszcie w komentarzach lub na twitterze dodając do tweeta #warningff :)

Czytasz = Komentujesz

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Rozdział 10


*tydzień później*

Kolejny zwykły dzień, w którym nic się ciekawego nie wydarzy. Czuję się jak zaprogramowany robot, który działa według określonych punktów : wstać, iść do szkoły, przeżyć, unikać Ashtona. Ostatni element wychodzi mi chyba najgorzej, gdyż jak można nie spotkać się w ciągu dnia z osobą, z którą mieszkasz i chodzisz do szkoły. A czemu to robię? Między nami coś jest, nie wiem co to za uczucie ale na pewno w naszej sytuacji nie powinno ono się pojawić. Nie mogę kochać swojego brata, ani on swojej siostry w inny sposób niż jak rodzeństwo powinno. To znaczy, nie kocham go, ale boję się, że gdybyśmy posunęli się za daleko, co przy zdolnościach Ashtona jest bardzo prawdopodobne, mogłoby to nastąpić. Zawsze kiedy na niego wpadnę przypadkowo, lub minę go szybko, słyszę „ I tak będziesz musiała ze mną pogadać”. Luke nie wie co między nami na kolacji się wydarzyło, a i tak wypytuje mnie co się stało. Wczoraj przyznał mi się, że Ash go o to prosi, ale sam również jest tego ciekawy. Kiedy na nich patrzę, jak są we czwórkę, wydaje mi się, że tylko Michael wie o tym co się stało. Lucy mówi, że to wszystko, ta cała sytuacja jest dziwna. Jednak jako jedyna o tym wie, wspiera mnie i doradza.

Ostatnia lekcja dobiegała końca. Pani od biologii kończyła podawać pracę domową, której i tak pewnie nikt nie zrobi. Nagle ktoś wrzucił karteczkę na moją ławkę. Otworzyłam ją i przeczytałam.

On mnie za to zabije, ale widzę, że między wami nadal nie jest dobrze. Ashton będzie na ciebie czekał przed szkołą. Powodzenia ;) L.

Spojrzałam się na Luke’a, a ten tylko pokiwał mi głową. Nie, tylko nie to. Nie chcę się z nim spotkać, ani rozmawiać. Czemu w tej cholernej szkole nie ma drugiego wyjścia? Przynajmniej wiem co mnie czeka. Można liczyć na Luke’a. Po chwili zadzwonił dzwonek i wszyscy ruszyli w stronę wyjścia. Oczywiście szłam z Lucy i wszystko jej powiedziałam. Wkurzyła się trochę i powiedziała, że nie damy mu za wygraną. Wyszłyśmy z budynku. Tak jak Luke powiedział czekał tam już Ashton oparty o swój samochód. Złapałam Lucy za rękę i zaczęłam się rozglądać wkoło. Zauważyłam bruneta w okularach. Stał również oparty o swój samochód kilka metrów od Ash’a. Wyglądał mi znajomo, jednak nie mogłam go sobie przypomnieć. Chyba się na mnie patrzył jednak nie byłam pewna. Wyjął swój telefon i przyłożył do ucha. Nagle usłyszałam dzwonek mojego. Szybko wyjęłam i odebrałam.
- Halo? – zapytałam.
- Witaj Rosie, pięknie dzisiaj wyglądasz – usłyszałam głos najlepszego przyjaciela. Spojrzałam jeszcze raz na chłopaka w okularach. Również mi się przyglądał.
- Będziesz tak tam stać czy podejdziesz do mnie – odparł przyjaciel i chłopak przy aucie zdjął okulary. Nie możliwe. To on. Uśmiechnęłam się szeroko i rozłączyłam się. Zaczęłam biec w jego kierunku. Minęłam zdezorientowanego Ashton’a i po chwili wtuliłam się w Louis’ego.
- Tęskniłam za tobą – odparłam cały czas przytulona w przyjaciela.
- Ja za tobą też mała – odpowiedział chłopak. Odsunęłam się od niego i dopiero wtedy zobaczyłam jak bardzo się zmienił. Z pewnością mogę powiedzieć, że na lepsze. Miał dłuższe, rozczochrane włosy i lekki zarost. Wyglądał świetnie.
- Wiem, wyglądam zajebiście, nie musisz mi mówić – zaśmiał się zauważając, że mu się przyglądam – Porozmawiajmy o tobie. Widać jak wydoroślałaś. I te piękne blond włosy, cudowne niebieskie oczy…
- Weź nie przesadzaj – odparłam.
- No co? Już nie mogę komplementować mojej narzeczonej?
Zaśmiałam się i po chwili ktoś postukał mnie w ramię. No tak, zapomniałam o Lucy…
- Louis, to jest moja przyjaciółka Lucy – przedstawiłam mu ją. Kiedy wymieniali między sobą zdania, zauważyłam jak czterej muszkieterowie z zaciekawieniem nam się przyglądają. Odwróciłam wzrok i przyłączyłam się do rozmowy.
- Przepraszam cie Lucy, ale nie widziałem się z Rosie ponad rok i chcę z nią spędzić trochę czasu. Także tego… Ja ją porywam, a ty się nie gniewaj – odparł Louis na co brunetka się zaśmiała. Pożegnała się z nami i ruszyła w stronę domu. Wraz z przyjacielem wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do kawiarni.

Ashton

Usłyszałem dzwonek i zobaczyłem jak tabun ludzi wylewa się przez drzwi. Stałem przed szkołą oparty o samochód i czekałem na Rosie. Tym razem będzie musiała ze mną porozmawiać. Rozumiem, że może się na mnie gniewać i być w szoku, ale gdyby mnie nie prowokowała to sprawy potoczyłyby się inaczej. Tak czy inaczej spieprzyłeś to stary. Zauważyłem kumpli stojących niedaleko. Oni chyba nie zrozumieli do końca, że chcę abyśmy byli sami, bez widzów. Po chwili przez drzwi wyszła Rosie z Lucy. Czemu one zawsze muszą chodzić wszędzie razem? Zapewne powiedziała jej wszystko, jak to dziewczyny. Znając charakterek Lucy mogę stwierdzić, że nie pozwoli mi z nią pogadać. Rosie najwidoczniej mnie zauważyła, gdyż stanęły z brunetką z boku schodów. Świetnie… Chwilę potem odebrała telefon. Przez moment wyglądała na zdezorientowaną i przyglądała się komuś. Nagle zaczęła biec w moją stronę, przynajmniej tak mi się wydawało. Kiedy była blisko skręciła w prawo i przytuliła się do jakiegoś gościa. Stałem z szeroko otwartymi oczami, a po chwili dołączyli do mnie moi kumple z taką samą reakcją. Kto to do cholery jest? Czemu ona jest w niego wtulona? Po chwili odsunęła się od niego i zaczęli rozmawiać śmiejąc się. Nie no… Po prostu świetnie! Czułem się jakby ktoś przywalił mi z całej siły w twarz. A może to był Calum? Nie, jednak chyba Rosie. Ona i ten jej kochaś. Może jednak to był Calum. Mówił mi, żebym uważał, nie przywiązywał się. Jednak prawdopodobnie zadłużyłem się w swojej siostrze. Czemu teraz to do mnie dotarło? Widząc ją w ramionach innego faceta chciałem go zabić. Cholera Ashton, nie możesz kochać swojej siostry! To nienormalne! Tym bardziej, że ona ciebie nie chce. Chyba…
- Nie mówiłeś, że Rosie ma chłopaka – odparł Michael.
- Bo mówiła, że nie ma – odpowiedziałem chłodno – Może to ten jej przyjaciel. Jak on tam miał… Louis.
- No tak, wspominała mi o nim. Najlepszy przyjaciel odkąd są mali. Nie gadałeś z nią o tym? – zapytał Luke, za co próbowałem zabić go wzrokiem – No co? Tylko się pytam. Ale stary, musisz przyznać, że on to musi mieć dużo kasy. Zobacz czym on jeździ.
Spojrzałem od niechcenia w ich stronę, gdzie była już nawet Lucy. Przyjrzałem się jego pojazdowi. Jaguar. Stwierdzam, że pewnie rodzice mu kupili, ale auto niezłe. Zobaczyłem jak rozstają się z Lucy i wsiadają do samochodu. Jedźcie w cholerę, przynajmniej nie będę musiał na was patrzeć.
- Wydaje mi się, że skądś go znam, ale wielu idiotów spotkałem już na mojej drodze – odparł Calum przyglądając się mu – Nie ważne, ja jestem głodny. Pizza?
- Zawsze – odpowiedział Michael i wsiedliśmy do auta.

Rosie
- Wygraliśmy ostatnio trzy mecze i mamy pewne pierwsze miejsce w grupie. Staram się grać jak najlepiej, bo chcą mnie wziąć do profesjonalnego klubu. Jednak ostatnio stwierdzili, że ja i taki Brian byliśmy za dużo razy na komisariacie i mogą nas nie przyjąć. Trochę przesadzają. Od dwóch miesięcy nie miałem kontaktu z policją. Nawet komendant pytał się rodziców czy u mnie wszystko w porządku, bo dawno mnie nie widział. Ale te dwa miesiące temu to było ostro. Jacyś kolesie przyjechali zza miasta. Niby, że Brian im podpadł. Nie wiem ilu ich było, czterech może pięciu. Tak czy tak, pięć na jednego? Przyłączyłem się w obronie kumpla.
- Ale nic ci się nie stało? – zapytałam chłopaka, chcąc słuchać dalej.
- Powiem tak, nikt nie wyszedł z tego bez szwanku. Miałem kilka siniaków i rozwalony łuk brwiowy. Oni zdążyli uciec, a my skończyliśmy na dołku. Gdybym ich spotkał jeszcze raz to bym ich rozpierdolił. To co oni mu zarzucali i zrobili było przesadą – odparł upijając łyk kawy.
- Mogę wiedzieć co?
- Lepiej nie, po co mam cie martwić. Po za tym, Brian mówił, że szukali go ostatnio. Rozwalili mu drzwi od domu i pokój. Goście są nienormalni.
- Całe szczęście, że nic wam nie jest. A co tam u moich teściów? – zapytałam śmiejąc się.
- Dobrze. Firma naszych rodziców się rozwija. To znaczy już tylko mojego ojca, ale twojego taty nazwisko cały czas tam jest. Miałem ci coś powiedzieć – zaczął Louis – Kiedy trafiłaś do domu dziecka moi rodzice chcieli cię adoptować, ale ktoś był szybszy. Tylko to było miesiąc po twoim trafieniu, a adoptowana zostałaś po roku. Nie rozumiem tego za bardzo. Tak jakby ktoś nie chciał, abyś trafiła do innych ludzi niż oni. Czy twoi nowi rodzice na pewno są normalni?
- Tak mi się wydaje - zaczęłam śmiejąc się – Ale to co mówisz jest bardzo dziwne. Może ktoś po prostu chciał mnie adoptować ale się rozmyślił? Nie wiem.
Chłopak tylko przytaknął i zaczęliśmy jeść kawałek pysznie wyglądającego sernika. Naprawdę był dobry.
- A jak twój brat? Miałaś z nim ostatnio jakieś problemy.
- Nadal mam, ale muszę sama sobie z tym poradzić – odpowiedziałam i wzięłam kolejny kawałek ciasta do buzi.
- Wiesz, że możesz zawsze do mnie zadzwonić i ja przybędę w mgnieniu oka. Po za tym chciałbym go poznać – odparł na co ja się zakrztusiłam. Co? Nie! Nie możesz go poznać! Wtedy będę musiała z nim rozmawiać i ugh… Louis, nawet o tym nie myśl!
- Zły pomysł? – zapytał brunet. A żebyś wiedział jak bardzo.
- Nie uważam tego za konieczną czynność.
- Rosie, po prostu powiedz mi, że nie chcesz – zaczął chłopak – Nie wiem jakie są między wami stosunki, ale z tego co widzę za wesoło nie jest. Może wyjdę na idiotę, ale radziłbym ci uważać na chłopaków z tej okolicy. Jest grupa niebezpiecznych typów, a ja nie chcę żeby ci się coś stało. Nie wiem jaki jest twój brat ale skądś kojarzę nazwisko Irwin i nie są to raczej dobre wspomnienia.
- Nie martw się. Poradzę sobie – odparłam próbując sprawić chociaż na chwilę uśmiech na jego twarzy.
- Wiem. Tak czy tak, troszczę się o moją narzeczoną, co chyba normalne – zaśmiał się.

***

- Będę tęsknił mała – odparł Louis przytulając mnie mocno. Staliśmy przed moim domem i żegnaliśmy się.
- Ja za tobą też – odpowiedziałam smutno.
- Przyjadę niedługo i zabiorę cię gdzieś – powiedział z uśmiechem odsuwając się lekko ode mnie – Obiecuje.
- Cieszę się. Lubię twoje niespodzianki – zaśmiałam się. Przytulił mnie jeszcze raz i ucałował w policzek.
- Nara piękna – szepnął mi do ucha, na co się zaśmiałam. Wsiadł do samochodu i odjechał. Zrobiło mi się trochę smutno, ale to Louis Tomlinson – on zawsze wraca. Weszłam do domu i udałam się na górę.
- Możemy pogadać – usłyszałam za sobą dobrze znany mi głos.
- Nie teraz Ashton – odparłam i już chciałam wejść do swojego pokoju, kiedy złapał mnie za rękę i zaprowadził szybko do jego sypialni. Zamknął drzwi i spojrzał na mnie. Oczywiście byłam wściekła, gdyż tak cudowny dzień skończy się okropnie. Po za tym nie chciałam z nim rozmawiać.
- Teraz mi nie uciekniesz – powiedział przybliżając się do mnie o kilka kroków. Oh nie…


____________________________________________________________

Jak wam sie podoba? Liczę na szczere opinie :)
Cały czas poszukuje nowych czytelników. Będę wdzięczna za każdą pomoc. 

Możecie pisać swoje wrażenia również na tt dodając do tweetów #warningff


Czytasz = Komentujesz