czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział 11


Poprawiłam nerwowo włosy i przełknęłam ślinę. Stał oddalony ode mnie o może metr, jednak nadal za blisko.
- Czego chcesz? – zapytałam, starając się być pewna siebie. I nie, nie wychodziło to mi dobrze.
- Tylko porozmawiać, nie bój się – odparł, próbując mnie uspokoić.
- No to proszę, mów.
- Słuchaj Rosie, między nami ostatnio nie jest najlepiej. Jest to przede wszystkim moja wina. Rodzice się martwią, a ludzie gadają. Także, przepraszam cię i czy możemy to wszystko naprawić? – powiedział. Zatkało mnie. To było naprawdę miłe i fajnie, że chce między nami dobrych relacji. Jednak po tym wszystkim co się miedzy nami wydarzyło, on chce być dla mnie dobrym bratem? Czy ktoś to będzie nagrywać?
- Odpowiesz coś Rosie? – zapytał.
- Sorry, ja po prostu… Zaskoczyłeś mnie i musiałam chwilę pomyśleć. Także… Fajnie, że chcesz to naprawić. Tylko zdajesz sobie sprawę, że nie będzie to łatwe.
- Wiem, ale lubię wyzwania – odparł uśmiechając się. No tak, Irwin i ten jego uśmiech. Czemu on musi się szczerzyć? Zawsze to mnie rozwesela, a on to nieświadomie wykorzystuje.
- Skoro już pogadaliśmy, mogę iść do pokoju? Muszę odrobić lekcje – powiedziałam.
- Oh, tak – odpowiedział i otworzył mi drzwi – I dzięki Rosie.
W odpowiedzi tylko się uśmiechnęłam i poszłam do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi i usiadłam przed biurkiem. Wyjęłam książki i zaczęłam odrabiać te cholerne lekcje. Nie szło mi za dobrze, gdyż moje myśli były pochłonięte rozmową z Ashton’em. Mam nadzieję, że nam się uda. Może dzięki temu przestanie mi się wydawać, że czuję do niego coś więcej. Moje przemyślenia przerwał sms od Louis’ego.

Jestem już w Sydney. Dziękuję za cudownie spędzony dzień. Kocham Cię mała ;)

Uśmiechnęłam się szeroko i odpisałam mu. Dziękuję Bogu za takiego przyjaciela. Chociaż teraz jeszcze bardziej nie będę mogła się skupić. Ehh, trudno. Spakowałam książki do torby i poszłam się umyć. Ubrana w szorty i rozciągniętą bluzkę mojego taty wyszłam z łazienki. Usłyszałam jak ktoś się kłóci na dole. Odłożyłam rzeczy do pokoju i zeszłam kilka schodków w dół. Rozpoznałam głos Ashtona. Drugą osobą był zielonowłosy kumpel mojego brata, gdyż usłyszałam krzyk Ash’a „Michael! Ty debilu”. Nie byłam pewna czy chcę tego słuchać. Dopiero co pogodziłam się z nim, a teraz ja mogę to rozwalić. Weszłam na górę i już miałam iść w kierunku swojego pokoju.
- Rosie? – usłyszałam głos z dołu. Odwróciłam się i zobaczyłam Ashtona stojącego pod schodami.
- Tak?- zapytałam niepewnie. Błagam, nie widziałeś mnie prawda? Zza niego wyłonił się Michael.
- Chodź do nas. Zaraz przyjedzie pizza – odparł zielonowłosy.
- Nie wiem. Nie jestem głodna – odpowiedziałam i znowu chciałam pójść do swojego pokoju.
- Jeden kawałek ci nie zaszkodzi – powiedział Michael idąc do kuchni – No chodź.
- No dobrze, a jaka ta pizza? – zapytałam schodząc na dół. Kiedy wyszłam z ciemności zauważyłam Ashton’a przyglądającego mi się. No tak… Gdybym wiedziała to założyłabym coś bardziej zakrywającego. Już na dole, podszedł do mnie powoli.
- Nie ułatwiasz mi tego – wyszeptał blisko mojej twarzy – Pepperoni Michael?
- Chyba tak – usłyszałam krzyk chłopaka z pomieszczenia obok. Udałam się do salonu i usiadłam na kanapie. Po chwili przyjechała pizza i zaczęliśmy jeść. Śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. Jak gdybyśmy byli paczką najlepszych przyjaciół. Przerażało mnie to trochę, jednak podobało mi się to.

*następny dzień*

Dzień rozpoczął się jak każdy inny. Wstałam, umyłam się, naszykowałam, poszłam do szkoły. Tam jak zwykle czekała na mnie ciemnowłosa wariatka z którą weszłam do budynku. Jak zwykle udałyśmy się do klasy i rozpoczęły się męki. Długą przerwę spędziłyśmy, tak jak zawsze, na murku na dziedzińcu szkoły.
- Czyli teraz jesteście najlepszym rodzeństwem i będziecie żyć długo i szczęśliwie? – zapytała Lucy.
- Taak i jeszcze odlecimy razem w stronę Nibylandii – odpowiedziałam przewracając oczami – Szczerzę to nie wierzę, że to się uda, ale warto próbować.
- Nadzieja umiera ostatnia – westchnęła brunetka – Ej spójrz! Michael nie ma już trawnika na łbie!
Spojrzałam w stronę wskazywaną przez Lucy i ujrzałam Calum’a i Michael’a. Nie miał już zielonych włosów ale białe. Szczerze mówiąc wyglądał o wiele lepiej.
- Szkoda, że sobie tęczy nie pierdolnął na ten łeb jeszcze – odparła Lucy, na co wybuchłam śmiechem.
- Przynajmniej się tak w oczy nie rzuca – powiedziałam przez śmiech.
- Masz racje, przynajmniej oczy nie bolą.

***

Na ostatnich lekcjach nie było Luke’a. Nie widziałam również pozostałych muszkieterów. Lucy pytała się mnie, czemu jeszcze nie zabawiłam się w Sherlocka i nie dowiedziałam się czegoś o nich. Ona wie tylko to co ludzie mówią. Ja wiem to co ona. Jednak ja nie chcę wiedzieć o nich zbyt dużo. Nie jest mi to do niczego potrzebne na razie. Nie czuję takiej potrzeby. Po za tym im mniej się wie, tym jest się spokojniejszym. Nawet nie wiem, czy Ashton by mi coś powiedział.
Po lekcjach jak zwykle wróciłam do domu. Nikogo nie było. Na stole leżała kartka od państwa rodziców, że wyjechali do Sydney w sprawach służbowych. Czyli znowu sami z Ashtonem. Ostatnio to się źle skończyło. Westchnęłam i odgrzałam kawałek wczorajszej pizzy. Usiadłam przed telewizorem i włączyłam na końcówkę Castle. Tym razem nikt mnie nie wystraszył. Wyłączyłam telewizor wraz z napisami końcowymi. Wyjęłam książki i zaczęłam uczyć się do jutrzejszego egzaminu. Po cholerę mi pierdyliard sposobów otrzymywania, spalania, czy co tam jeszcze Bóg wie, czegoś tam. Nie przyda mi się to w niczym. Może babie od chemii daje to pracę, ale mi i milionom uczniów utrudnia życie. Stwierdziłam, że lepiej będzie mi się tego gówna uczyć na dworze. Wzięłam książki i poszłam do ogrodu na ławkę. Piękno przestrzeni i zachodzące powoli słońce poprawiło mi humor od razu. Lekki wiatr sprawił, że mój umysł lepiej przyswajał informacje z tej głupiej książki. Może jednak tę tróję dostanę. Nie spostrzegłam się, a było już ciemno. Pojedyncze lampki oświetlały ogród, a panująca cisza relaksowała człowieka od razu. Wiatr był chłodniejszy, a ja miałam na sobie tylko krótkie spodenki, bluzkę na ramiączka i narzutkę. Wzięłam rzeczy i weszłam do środka. Spakowałam rozwalone na stoliku i kanapie książki i poszłam na górę. Miałam się iść umyć kiedy na dole usłyszałam trzaśnięcie drzwi. Wystraszyłam się. Powoli zeszłam na dół i kiedy miałam pełną widoczność na drzwi, ujrzałam zakrwawioną postać. Pisnęłam. Czułam się jak w jakimś horrorze i byłam pewna tego, że znowu mogę umrzeć. Ja to mam szczęście. Postać odwróciła się do mnie przodem.
- Rosie? – usłyszałam znajomy mi głos.
- Ashton? – zapytałam wystraszona.
- Pomóż mi – odparł cicho i oparty o ścianę zjechał na dół. Zbiegłam po schodach i zamarłam. Jego twarz była cała we krwi, miał w pewnych miejscach rozdartą koszulkę, oczywiście zakrwawioną. Myślałam, że zaraz zemdleję ale musiałam mu pomóc. Pobiegłam do łazienki po apteczkę i dużo papieru, wacików, czegokolwiek czym mogłam zetrzeć krew. Wróciłam do niego i uklękłam obok . Namoczyłam gazę w wodzie utlenionej i delikatnie zaczęłam myć jego twarz. Miał zamknięte oczy, ale co chwilę sykał z bólu. Kiedy po długim czasie jego twarz była w miarę czysta, nakleiłam plasterki na rany.
- Głowa gotowa – westchnęłam, a on otworzył oczy. Nasze twarze dzieliło zaledwie jakieś 30 centymetrów. Spojrzał na mnie swoimi orzechowymi oczami. Były lekko zaszklone, ale i tak piękne. Momentalnie otrząsnęłam się i oddaliłam. Słyszałam westchnięcie chłopaka.
- Dzięki. Z resztą powinienem sobie poradzić – odparł próbując wstać. Średnio mu to wychodziło, ale dał sobie rade. Powoli udał się do łazienki. Stałam w jednym miejscu próbując dojść do siebie. Co mu się stało? Kto mu to zrobił? Czemu? Wiele się wydarzyło, na co dawno powinnam reagować. Powinnam już dawno posłuchać Lucy i dowiedzieć się o co chodzi. Z każdym dniem mam coraz więcej zagadek. Najpierw ta opinia, potem ten facet w domu szukający Ashton’a, a teraz to. To jest nienormalne.
Wzięłam apteczkę i ruszyłam w stronę łazienki. Drzwi były uchylone. Otwarłam je i zobaczyłam stojącego Ashton’a bez koszulki, próbującego zrobić coś z ranami na rękach i torsie. Zapukałam w drzwi, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Po chwili spojrzał na mnie.
- Przyniosłam apteczkę – odparłam cicho i odłożyłam pojemnik na blat.
- No tak… - powiedział równie cicho jak ja – Mogłabyś mi jeszcze pomóc?
- Um tak – westchnęłam – Tylko boję się, że zrobi mi się słabo i…
- Nie martw się. Złapie cię – przerwał mi uśmiechając się. Przewróciłam oczami i podeszłam do niego. Wzięłam znowu gazę, wodę utlenioną i zaczęłam przecierać rany. Czułam się dziwnie spięta. Może dlatego, że gładzę tors mojego brata? Że między nami jest coś? Taa, może dlatego…
- Nie myślałaś o byciu pielęgniarką lub panią doktor? – zapytał po chwili.
- Nie. Przeraża mnie krew, dużo krwi…
- Ale teraz dajesz sobie radę – odparł i poczułam jak jedną ręką gładzi moje plecy.
- Ashton – powiedziałam, a chłopak momentalnie wziął rękę.
- Przepraszam.
- Spoko. Wiedziałam, że długo nie wytrzymasz – odparłam uśmiechając lekko.
- Co?
- Nic. Podasz plasterek? – zapytałam uśmiechając się cały czas.
- Rosie, masz jeszcze mi coś do powiedzenia? – zapytał podając mi plasterki.
- Tak, dziękuję – odpowiedziałam zaklejając rany. Chłopak westchnął głośno i uśmiechnął się szeroko.
- Jesteś dla mnie zagadką, wiesz?
- Ty dla mnie również Ashton – odparłam wychodząc z łazienki. Poszłam do kuchni. Wyjęłam sok z lodówki i nalałam do szklanki.
- Jeszcze raz dziękuję ci za pomoc Rosie – usłyszałam za sobą.
- Nie ma za co – odpowiedziałam i napiłam się soku.
- Jestem twoim dłużnikiem – odparł i usiadł na kanapie.
- Ashton, mam pytanie – zaczęłam, a on spojrzał się na mnie – Możesz mi wytłumaczyć co tu się dzieje? Chodzi mi o waszą reputacje, o to co stało się ostatnio z tym facetem i o to co dzisiaj.
Widziałam jak chłopak momentalnie spoważniał. Wstał i powoli ruszył w moją stronę.
- Nie chcesz wiedzieć, a ja nie chce ci tego mówić – odparł.
- Właśnie w końcu chce się dowiedzieć – powiedziałam stanowczo, a on stanął naprzeciwko mnie.
- Nie chcę żebyś poznawała mnie od tej strony.
- Może w końcu powinnam? – zapytałam patrząc się na niego.
- Proszę cię, Rosie – westchnął i przejechał dłonią po moim policzku. Spuściłam głowę na dół i cofnęłam się o krok.
- Ashton, chcę wiedzieć. Ja dłużej tak nie mogę – odparłam cicho. Chłopak przeczesał ręką włosy i rozejrzał się po pokoju. Jakby szukał odpowiednich słów.
- Będziesz żałować.
- Trudno – westchnęłam.
- Obiecaj mi, że to nie zmieni naszych relacji na gorsze – powiedział z nadzieją w oczach.
- Dobrze.
- No to… Ja… My… - zaczął rozglądając się nerwowo po pokoju - …


______________________________________________________________

Jeżeli macie jakieś uwagi, propozycje, przemyślenia na temat tego fanfiction piszcie w komentarzach lub na twitterze dodając do tweeta #warningff :)

Czytasz = Komentujesz

2 komentarze:

  1. Bardzo fajne. :) jestem ciekawa co jej powie. /G.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda że w tej sypialni nic się nie stało xd ;).
    Biedny Ash. Ciekawe co on jej powie. Fajny rozdział to ff zaczyna się fajnie rozkręcać :). Czekam na next <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń